Coraz więcej jest programów o leczeniu za pomocą diety i postów. Co ciekawe i napawające optymizmem jest to , że do głosu zaczynają dochodzić lekarze, którzy zrozumieli, że jedzenie może leczyć, że głodówka nie jest szarlatanerią. W programie "Pytanie na śniadanie" wystąpił dr Tadeusz Kurdyjski , lekarz internista z Kamiennej Góry na Dolnym Śląsku i opowiedział o tym jak przez 4 lata jego koledzy lekarze leczyli go bezskutecznie z choroby wieńcowej. Pan doktor usłyszał wykład dr.Dąbrowskiej i teraz regularnie stosuje jej dietę a także 2 - 3 tygodniowe głodówki dwa razy w roku. Taką terapią można wyleczyć wszystkie choroby cywilizacyjne m in.nadciśnienie, cukrzycę typu II, alergie, a także RSZ .Ogromne brawa dla pana dr. Tadeusza Kurdyjskiego za odwagę w głoszeniu tych informacji.
Audycję można obejrzeć tu:
http://pytanienasniadanie.tvp.pl/23983133/glodowka-za-i-przeciw
Strony
- Strona główna
- RZS - Reumatoidalne Zapalenie Stawów
- Historia mojej choroby
- Terapia Dr.Gersona
- Dieta Dr.Ewy Dąbrowskiej
- Dieta Bircher-Bennera
- Dieta Dr.Budwig
- Dieta Alleluja
- Dr Ewa Hankiewicz
- Dr Biernat-Kałuża
- Germańska Nowa Medycyna
- Głodówka-największe lekarstwo
- Lewatywa
- Bez glutenu, bez cukru, bez nabiału i mięsa
- W radiu o zdrowiu
- EKO-sztuczki
- Linki
- Książki
- Filmy
- Cytaty
- JA WEGANKA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post leczniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post leczniczy. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 16 lutego 2016
wtorek, 30 lipca 2013
"Post i długie życie"
Dzisiaj na w TV na BBC Knowledge obejrzałam świetny film pt. "Post i długie życie"
Dodam , że w filmie chodzi nie tylko o długie , ale również zdrowe życie a wiec coś dla nas RZS-owców :)
http://video.anyfiles.pl/videos.jsp?id=74904
Nie znalazłam jeszcze linku do tego filmu na youtubie ale jest już zapowiedź.:
http://www.youtube.com/watch?v=DwX-GDBG_00
Dodam , że w filmie chodzi nie tylko o długie , ale również zdrowe życie a wiec coś dla nas RZS-owców :)
http://video.anyfiles.pl/videos.jsp?id=74904
Nie znalazłam jeszcze linku do tego filmu na youtubie ale jest już zapowiedź.:
http://www.youtube.com/watch?v=DwX-GDBG_00
środa, 3 lipca 2013
Dieta warzywno - owocowa. Co to takiego?
Najnowsze badania wykazują, że kompleksowe zmiany w żywieniu mogą nie tylko zapobiec wielu dolegliwościom, ale również zatrzymać, a nawet odwrócić, niektóre procesy chorobowe do niedawna uważane za nieuleczalne. Odpowiednio skomponowana dieta jest w stanie częściowo cofnąć zmiany miażdżycowe, obniżyć stężenie cholesterolu w stopniu porównywalnym do terapii farmakologicznej bez działań niepożądanych; zmniejszać oporność na insulinę, która odpowiada za cukrzycę typu 2 oraz unormować ciśnienie tętnicze krwi u osób chorych na nadciśnienie. Przestrzeganie odpowiednich zwyczajów żywieniowych może również wpłynąć na złagodzenie objawów schorzeń reumatologicznych oraz wydłużenie przeżywalności osób po przebytych nowotworach piersi, prostaty, czy jelita grubego.
O diecie warzywno owocowej, diecie oczyszczającej organizm ze złogów i toksyn oraz Poście Daniela w Centrum Animacji Misyjnej, opowiada dietetyk Bożena Czerwińska-Żejmo. Więcej informacji nahttp://www.postdaniela.pl.
O diecie warzywno owocowej, diecie oczyszczającej organizm ze złogów i toksyn oraz Poście Daniela w Centrum Animacji Misyjnej, opowiada dietetyk Bożena Czerwińska-Żejmo. Więcej informacji nahttp://www.postdaniela.pl.
piątek, 12 kwietnia 2013
Leczenie RZS a alergia
Reumatyzmem określa się potocznie i nieprecyzyjnie choroby charakteryzujące się przewlekłymi zmianami zapalnymi w obrębie tkanki łącznej, spowodowanymi najczęściej reakcją autoimmunologiczną.
Reumatologiczne zapalenie stawów a alergia
Okazuje się, że przyczyną produkcji przeciwciał skierowanych przeciwko własnym tkankom, w tym stawom, i powodem powstawania tzw. kompleksów immunologicznych, które niekiedy odkładają się w stawach i powodują reakcje zapalne niszczące stawy lub inne tkanki, może być nadmierna reakcja układu immunologicznego na kontakt z jakimś produktem spożywczym (alergenem). U pacjentów ze schorzeniami reumatycznymi reakcja ta jest najprawdopodobniej uwarunkowana genetycznie.Alergeny w znaczący sposób wpływają też na komórki tuczne. Komórki te reagują na kontakt z nimi wydzielaniem prostaglandyny i cytokiny – substancji odpowiedzialnych za obrzęk oraz lokalny stan zapalny i powodujących zwiększenie ilości błony maziowej, pod wpływem której następuje niszczenie stawów, kości i chrząstek.

Oczywiście długotrwałe stosowanie głodówki nie jest wskazane. Co zatem zrobić, aby – jedząc normalnie – zapewnić sobie ulgę w cierpieniu i zwiększyć szansę na całkowite wyleczenie? Zdaniem lekarzy istotną rolę w leczeniu RZS może odgrywać dieta eliminacyjna, ułożona na podstawie testu na nietolerancję pokarmową. Jak się bowiem okazuje, nawet do 75% pacjentów ze schorzeniami reumatycznymi twierdzi, że pewne pokarmy pogarszają objawy ich choroby. W literaturze opisanych jest wiele przypadków zmniejszenia objawów bądź całkowitej remisji choroby po zastosowaniu diety eliminacyjnej; wykazano np. że pewne subpopulacje pacjentów reagują korzystnie na eliminację mięsa z diety i zastąpienie go znaczną ilością warzyw i owoców.Zidentyfikowanie i wyłączenie z jadłospisu produktów, które wywołują opóźnioną reakcję alergiczną, znacząco redukuje przewlekły stan zapalny, powoduje wycofanie się komórek układu immunologicznego z wewnętrznej części stawu i łagodzi RZS.
Do chorób reumatycznych należą:
- młodzieńcze przewlekłe zapalenie stawów,
- toczeń rumieniowaty układowy,
- twardzina układowa,
- zespół Sjögrena,
- zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa,
- zespół Reitera,
- łuszczycowe zapalenie stawów,
- choroba zwyrodnieniowa stawów,
- choroba reumatyczna.
Najczęściej jednak słowem “reumatyzm” lub też “gościec” określa się w mowie potocznej reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), na które cierpi w Polsce ok. 400 tysięcy osób, najczęściej ludzie w wieku 30-60 lat.
Reumatologiczne zapalenie stawów (RZS) to schorzenie autoimmunologiczne, a więc wywołane autoagresją organizmu. Organizm niszczy własne tkanki, wywołując uszkodzenia w stawach, czasem bardzo poważne, takie jak całkowita ich deformacja. Towarzyszy temu silny ból. Choroba początkowo objawia się poranną sztywnością w stawach oraz bólami w małych obwodach stawowych. Z czasem – na skutek przewlekłego zapalenia błony maziowej stawów, kaletek i pochewek ścięgien – objawy się zaostrzają.
Przy RZS oprócz typowych symptomów tej choroby – obrzęków i bólów stawowych – pacjent może cierpieć z powodu objawów charakterystycznych dla alergii – pokrzywki, wyprysków, migren czy przewlekłego zmęczenia.
Nieszczelne jelito
Nieszczelne jelito
W badaniu, którego wyniki opublikowano w “Baillière’s Clinical Rheumatology” stwierdzono, że u pacjentów z zapaleniem stawów bardzo często diagnozuje się także stan zapalny jelit, powodujący zwiększenie ich przepuszczalności.
Do przepuszczalności jelit dochodzi w wyniku uszkodzenia ich błony śluzowej. Sprawia ono, że bakterie, toksyny, antygeny i niestrawione resztki jedzenia dostają się do krwiobiegu, a wnikające wraz z nimi do wnętrza organizmu alergeny mogą uruchamiać różne mechanizmy obronne, w tym reakcję zapalną. Mogą także zmienić funkcję systemu odpornościowego na tyle, że organizm zaczyna traktować niektóre własne tkanki jako ciała obce. W ten sposób dochodzi do powstania chorób z autoagresji i do nasilenia ich objawów.
Leczenie RZS
Leczenie RZS
Reumatologiczne zapalenie stawów to skomplikowana choroba, dlatego do jej leczenia należy podejść holistycznie. Dostępne na rynku farmaceutycznym leki jedynie niwelują objawy i spowalniają rozwój choroby, nie rozwiązują jednak problemu u źródeł. Próbę zaradzenia temu podjęli szwedzcy naukowcy, którzy 20 lat temu rozpoczęli badania nad rolą sposobu żywienia w zwalczaniu tej choroby. Szybko zauważyli, że odpowiednio skomponowana dieta to niezwykle istotny czynnik w profilaktyce i leczeniu tego schorzenia.
Od dawna wiadomo, że tzw. głodówka (restrykcja kaloryczna) ma działanie przeciwzapalne i immunosupresyjne. Powoduje ona zahamowanie odpowiedzi immunologicznej poprzez zmniejszenie syntezy mediatorów zapalenia (IL-2), zmniejszenie liczby i stopnia aktywacji limfocytów CD4+. Badanie przeprowadzone przez szwedzkich naukowców wykazało, że pacjenci poddani głodówce odczuwali poprawę swojego stanu zdrowia, która potwierdzona została w badaniu oznaczeń biochemicznych zapalenia. Niestety, po powrocie do codziennej diety dolegliwości nasilały się z powrotem.
Poza dietą w leczeniu RZS niezbędne jest również oczyszczenie organizmu i regeneracja flory bakteryjnej jelit. Doskonale sprawdza się tu zabieg irygacji jelita grubego (hydrokolonoterapia), który oczyszcza jelito grube z nagromadzonych złogów, toksyn, drożdżaków, resztek pokarmowych, pasożytów, czyli substancji nadmiernie stymulujących układ immunologiczny do ataku. W wyniku zabiegu, dzięki przywróceniu równowagi kwasowo-zasadowej, odbudowuje się prawidłowa mikroflora jelitowa, regeneruje się śluzówka i mięśniówka jelita, usprawnione zostaje wchłanianie płynów, witamin i składników mineralnych.
Reumatoidalne zapalenie stawów jest chorobą przewlekłą, wymagającą kompleksowej terapii. Jednakże pełne dostosowanie się do zaleceń specjalisty przynosi spektakularne rezultaty i znacząco poprawia jakość życia pacjentów z RZS.
Źródło tu:
piątek, 22 marca 2013
Dr Ewa Hankiewicz - lekarz
Zbawienne oczyszczanie
Śmierć pojawiła się u Ewy miesiąc po porodzie. Stanęła przy łóżku i czekała na jej duszę. Była pewna swego: spowodowała raka macicy i dwa ciężkie krwotoki.
Straciła wiarę w sens medycyny. Chciała nawet zrezygnować z zawodu. Wybrała jednak inną drogę. Zaczęła uczyć się medycyny niekonwencjonalnej na różnych kursach. Wszystkie techniki lecznicze i diety próbowała na sobie. Pewnego dnia zrozumiała, skąd bierze się medyczna bezradność. Lekarze widzą każdy organ osobno i każdy osobno leczą. Ona patrzyła na chore miejsce w zestawieniu z całym organizmem.
Była pierwszą swoją pacjentką - sama sobie uratowała życie mimo dwukrotnej śmierci klinicznej. Od tego czasu doktor Ewa wykorzystuje całą wiedzę medyczną i niekonwencjonalną do diagnozowania i terapii. W lecznictwie tradycyjnym samo gruntowne przebadanie pacjenta bywa drogą krzyżową - długą, męczącą i kosztowną. A mądre urządzenia zawodzą. Ofiarą błędu w badaniu padł ojciec Ewy. W miejscu dwukrotnego operowania przepukliny pojawił się nowotwór o kształcie kalafiora. Córka namówiła ojca na post urynowy. Po siedmiu dniach badania szpitalne nie wykryły śladu guza. Mężczyzna jednak bardziej wierzył "szkiełku i oku" niż córce. Przerwał post. Wkrótce guz przebił się do jamy brzusznej. Ojciec żył jeszcze pół roku. Z pokorą pił urynę, dzięki czemu nie musiał brać morfiny i nie cierpiał.
Badanie pacjentów i diagnoza zabiera Ewie kilkanaście minut. Robi to radiestezyjnie (wahadełkiem) oraz akupresurą (badaniem punktów na stopie). Nie można oddzielić serca od jelit - mawiał profesor Garnuszewski - wybitny specjalista od akupunktury. Ewa Hankiewicz lubi powoływać się na tę myśl. Podczas pierwszej wizyty pacjenta przeprowadza bardzo długi wywiad. Po latach praktyki stwierdziła parę prawidłowości. Na przykład większość pacjentów, bez względu na rodzaj choroby, cierpi na zaparcia. Z kolei astmatycy lubią mleko i jego przetwory. Tymczasem tylko do czwartego roku życia nasz organizm produkuje enzymy umożliwiające trawienie mleka. Potem, połowicznie rozłożone, wędruje z krwią zostawiając w naczyniach wieńcowych rodzaj śluzu, który szkodzi oskrzelom, płucom i sercu. Pewien mężczyzna dostał zawału po 10 latach wypijania 2 litrów mleka dziennie. A jeśli chodzi o raka piersi, Ewa stwierdziła, że wszystkie jej pacjentki z tą przypadłością nosiły staniki z fiszbinami! Metalowe druty zakłócają energię tych delikatnych części ciała.
Najpierw trzeba oczyścić organizm. Dzisiaj przeciętny człowiek ma mało ruchu, kupuje żywność przetworzoną i skażoną chemią, więc nosi w jelitach od 6 do 20 kilogramów kału! W ich poskręcanych załomkach latami odkładają się kamienie kałowe. Potrafią zalegać tam 20, a nawet 30 lat i promieniują na najbliższe narządy toksynami. Są jak bomba jądrowa, wywołująca łańcuch reakcji. Powstaje nawet trupi jad.
Zapomnieliśmy o lewatywach, które do końca dziewiętnastego wieku powszechnie stosowano jako zdrowe czyszczenie jelit. Modne dzisiaj tabletki na przeczyszczenie niszczą wyściółkę jelit, ale nie ruszają kamieni kałowych. Tymczasem nawet Biblia nakazuje, by dynię wydrążoną i napełnioną wodą zawiesić na drzewie, a rurkę bambusową dołączyć... Należy również oczyszczać wątrobę. Medycyna tybetańska uważała ją za królową, która karmi wszystkie narządy puste i pełne. Prawie każdy człowiek, choć o tym nie wie, ma kamienie w drogach żółciowych, a jego wątroba gorzej przez to pracuje. Przynajmniej raz w roku powinno się ten organ wypłukać. Nie jest to przyjemny sposób, ale czego się nie robi dla zdrowia? Kuracja ta trwa miesiąc i polega na wypijaniu określonych ilości oliwy z oliwek oraz świeżego soku cytrynowego, a także okładaniu brzucha ciepłymi kompresami z rycyny. Wątroba podnosi wówczas larum i produkuje ogromne ilości żółci, która usiłuje się przedostać kanałami do żołądka. Ale drogę tamują jej kamienie. W przewodach wytwarza się duże ciśnienie. Sok z cytryny zmiękcza kamienie (wyglądają jak grudki z ciemnozielonego wosku), ciepły kompres rozszerza drogi żółciowe i w końcu żółć przepycha kamienie do jelit, skąd wydostają się na świat. Przez dwa dni człowiek czuje się, jakby mu przejeżdżał po brzuchu walec drogowy, który wyciska wszelkimi otworami całe świństwo z wątroby, jelit i żołądka. Kiedy pacjeny zobaczy, jakie paskudztwo miał w sobie, zaczyna rozumieć, na czym polega zdrowie.
Organizm oczyszczony i wzmocniony sam zaczyna się uzdrawiać.
Zgłosiła się raz młoda kobieta z nowotworem piersi. Czekała ją amputacja i chemioterapia. Z wywiadu okazało się, że całe życie cierpiała na zaparcia. Doktor Ewa stwierdziła złogi w drogach żółciowych oraz zmiany w macicy i jajnikach. Zaleciła odtrucie organizmu, zmianę diety, lewatywy, codzienną akupresurę (masaż stóp), okłady z moczu na piersi, okłady na brzuch z rycyny. Następnie zrobiła fantomową, bezkrwawą operację. Półtora miesiąca później guzy piersi zmalały o połowę, a kobieta wyglądała dziesięć lat młodziej i wróciła jej radość życia. Inna młoda kobieta trafiła do Ewy po kilkuletnim, bezskutecznym leczeniu lęków. Strach tak ją paraliżował, że nie ruszała się z domu bez obstawy i telefonu komórkowego. Okazało się, że miała zmiany w nerkach i kręgosłupie. Ewa przeprowadziła zabieg regresingu: w poprzednich wcieleniach kobieta była torturowana, przebita nożem, tonęła, płonęła. Lekarka do swej terapii dołączyła wizualizacje i afirmacje. Polega to na pisaniu codziennie jakichś pokrzepiających zdań. Na przykład: Ja Anna, jestem zdrowa, szczęśliwa i bezpieczna, mam wymarzoną pracę i miłość. Potem 10 razy: Ty Anno, jesteś zdrowa... Wreszcie 10 razy: Ona, Anna, jest zdrowa....
Często uleczeni już pacjenci przynoszą całe zeszyty zapisane różnymi afirmacjami. Do Ewy przyjeżdżają również lekarze. Przywożą pacjentów, którym nie potrafią już pomóc. Niekiedy sami są chorzy. W czasie długiej wizyty Ewa tłumaczy im jak bardzo serce zależy od jelit, i co leki niszczą, zamiast leczyć. Pod koniec spotkania lekarze wykrzykują: I co ja mam teraz zrobić? Przecież ja truję a nie leczę! Ewa uzdrawia przypadki mniej i bardziej zaawansowane. Ale rokowania są tym lepsze, im mniejsza była ingerencja w organizm. Chemia i operacje, nawet biopsja (czyli pobranie wycinka guza do badań) zmniejszają zdolność organizmu do regeneracji. Niedowiarki mówią, że ludzi leczy autosugestia. Jeśli nawet: dlaczego ironicznie mówić o sile, która ratuje życie? Skoro to proste, to czemu lekarze nie potrafią u swoich pacjentów uruchomić takiej siły? Czy szlachetniej jest umrzeć na stole operacyjnym, niż uratować życie autosugestią? Ale siła autosugestii nie wyczerpuje tematu. Dowodzą tego przykłady uzdrawiania zwierząt. Pewien hodowca poprosił Ewę do chorej krowy, której nie goiła się rana po cesarskim cięciu. Lekarka zobaczyła, że zwierzę leży na gumowym materacu i w miejscu napromieniowanym. Wystarczyło przenieść legowisko, materac zamienić na słomę i doładować zwierzę bioenergią. Inną krowę dr Ewa wyleczyła z opuchlizny kończyn. Mając tylko kępkę włosów z jej ogona leczyła zwierzę na odległość wahadłem, tak zwanym dużym Izisem. A pewien sznaucer cierpiący na brucelozę, któremu groziło już uśpienie, wbiegał do niej na 3 piętro, kładł się i leżał spokojnie, póki wahadło kręciło się nad chorym miejscem. Gdy się zatrzymywało, wychodził. Pies żyje do dzisiaj.
Ewa uważa, że jedną z najskuteczniejszych kuracji jest urynoterapia. Mocz wykorzystuje się do picia, okładów i nacierań. Ale po uprzednim poście. Nie należy tego robić samemu i bez konsultacji z Ewą Hankiewicz, która pracuje ze swoim asystentem, Grzegorzem Szymańskim, naturoterapeutą. Oboje wiele wysiłku wkładają w wytłumaczenie ludziom, że mogą się leczyć sami. Skończyła wiele kursów i nabyła wiele umiejętności, dzięki którym może leczyć nie tylko ciało człowieka, ale również jego myśli i otoczenie. Akupunktury uczył ją profesor Garnuszewski, chirurgii fantomowej - Nora Nix. Stosuje hipnozę, radiestezję medyczną, laseroterapię, ziołolecznictwo, homeopatię, olejoterapię, akupresurę, bioterapię, chromoterapię (leczenie kolorami). Włącza również inne, subtelniejsze metody. Na przykład wiedzę o feng shui i kwiatach. Pewna pacjentka miała raka macicy z przerzutami do płuc. Rozmowa ujawniła, że w jej sypialni rozpanoszył się bluszcz. Pokrywał cały sufit. Wyrastał z małej doniczki, więc czym żył? Energią kobiety. Leczenie trzeba było zacząć od wyrzucenia rośliny. W rodzinnej kamienicy Ewy w Lublinie ponad 40 osób zmarło na raka. To nie przypadek. Dom stoi na silnej żyle wodnej. Zawsze trzeba zbadać radiestezyjnie otoczenie, w którym żyjemy - powtarza lekarka każdemu ze swych pacjentów. Uwaga! Terapie oliwą i uryną można przeprowadzać tylko pod okiem lekarza lub terapeuty.
Żródło: TU
Agata Bleja
Fot. autorka
Fot. autorka
środa, 20 marca 2013
Historie pacjentów - dr Ewa Hankiewicz-Miącz
CHCESZ ŻYĆ? PRZYJEŻDŻAJ!
Świeże powietrze jest wyjątkowo przyjemne. Można się wybrać na spacer po ośnieżonym parku zdrojowym albo po miasteczku. I jeszcze wpaść do "Eweliny", gdzie dobrze dają jeść. Ale to nie jest propozycja dla ludzi, którzy do Nałęczowa przyjechali głodować.
Ewa Miącz (d. Hankiewicz)
Dom wygląda na opustoszały, jeśli nie liczyć gospodyni, podejrzliwej i zniecierpliwionej tym, że licho znowu kogoś przyniosło. Dostrzegam Ewę Miącz. Z ożywieniem mówi, że dzieją się tu naprawdę ciekawe rzeczy. Dziwnie to brzmi, bo wszędzie jest cicho. Gdzie to się dzieje? Za którymi drzwiami? Korytarzem przemyka mężczyzna - biały jak ściana.
Ewa Miącz (dr Hankiewicz) jest lekarką, neurologiem. Od wielu lat łączy medycynę konwencjonalną z niekonwencjonalną. Kiedy poważnie zachorowała, któryś z jej kolegów powiedział: "Masz pecha". Ona jednak zaordynowała sobie głodówkę i zaczęła się leczyć uryną. Przestała jeść mięso, białko i skrobię. Wyzdrowiała. Ta historia to jej wizytówka, ważniejsza niż literki dr med. przed nazwiskiem.
W Nałęczowie jest kilkunastu kuracjuszy, którzy pod jej okiem głodują i piją mocz. Każdego wieczora spotykają się, żeby wspierać się nawzajem, słuchać wykładów, zadawać pytania.
Dzień dobry. Przyjechałam z Warszawy, nie jestem chora
Na wieczorne spotkanie przychodzą wszyscy. Za dnia wydawali się bez sił, ale teraz nie robią już takiego wrażenia. Śmieją się, żartują. Mówią po kolei, ile dni każdy z nich spędził na głodówce: 5, 6, 9, 10. Dziwne, że żyją.
Kiedy się przebywa z tymi ludźmi, trudno uwierzyć, że cokolwiek im dolega, i że nie jedzą przynajmniej od paru dni. Na zdjęciu, od lewej: Genowefa, Paulinka, Stanisław, Katarzyna i Lucyna.
Wszyscy poodstawiali leki. Nawet Kasia, która ma cukrzycę. Najpierw przez pół roku zmniejszyła dawki insuliny, potem w ogóle z niej zrezygnowała. Kilka razy dziennie sprawdza poziom cukru we krwi. Jest w normie. Dziewczyna z cukrzycą i bez insuliny chodzi, a przecież lekarze mówią, że bez insuliny powinna umrzeć! Mężczyzna, którego za dnia widziałam na korytarzu, ten taki blady i słaby, to Jacek. Od lat leczy się na astmę. Zadyszki dostawał po wejściu na kilka stopni schodów. Tymczasem podczas kilkugodzinnej rozmowy ani razu nie widziałam, aby miał duszności. To podobno skutek wcześniejszego odstawienia skrobi i obecnej wielodniowej głodówki. - Efekty są piorunujące - mówi. - Dziwię się, że tych sposobów nie odkryła medycyna konwencjonalna. Nie musiałbym się męczyć tyle lat.
Po domu biega 7-letni Paweł. Podobno też ma astmę, ale od kilku dni nikt nie widział, żeby się dusił. Nie przyjmuje żadnych leków. Nie jest też na głodówce. Ewa Miącz uznała, że wystarczy, jak zmieni dietę. Je tylko owoce.
Mam 70 lat. Jestem po dwóch zawałach i zatorze mózgu...
- Niech pani tak nie mruga - żartuje z mojej miny jowialna pani biolog. - To nic takiego (śmiech). Już czwarty dzień nic nie jem. Nie widać? Czuję się doskonale!
Gimanastyka tak zostala pomyślana, żeby pobudzić wszystkie receptory w ciele. Temu właśnie służy szczypanie i nacieranie uszu. Na zdjęciu: Stanisław, Ewa, dr Ewa Miącz i w rogu Paweł.
Cały czas stara się podkreślić, że nie przywiodły jej tutaj jakieś tam czary-mary. Trafił swój na swego: naukowiec na lekarza.
- W tym czasie, kiedy pierwszy raz przyszłam do pani Ewy Miącz, ciągle jakaś nostalgia mnie ogarniała. Z nikim nie mogłam rozmawiać, bo zaraz płakałam. Po 4 miesiącach zaleconej przez nią diety - na jarzynach, surówkach, bez mięsa - zrobił się ze mnie świergolatek. Wygasł mój apetyt, który wcześniej był szalony (kotlet; mało jeden - dwa; mało dwa - trzy i tak dalej). Wszyscy mi mówili: "O, padniesz, padniesz, osłabniesz". A było odwrotnie: poczułam się silna. Tylko wcale nie chudłam. Pani Ewa w końcu powiedziała: "Waga jest za duża. Musi pani przejść na głodówkę". Dlatego tu przyjechałam. Przyznam szczerze, że potwornie się tej głodówki bałam. Nie wyobrażałam sobie, jak ja to wytrzymam. No bo w domu - od razu omdlenia. I co się stało? Nogi kiedyś miałam obrzęknięte, a teraz w pęcinach są naprawdę wzorowe. I na spacerach podchodzę pod każde wzniesienie.
Jestem Genowefa. Mam 60 lat. Chorowałam całe życie...
Chodzenie boso po śniegu można polubić. To świetny sposób na zahartowanie się. Na zdjęciu Ewa Miącz. |
- Głoduję dopiero 9 dzień, a byłam obraz nędzy i rozpaczy (śmiech, zupełnie jak w sitcomie). Od listopada ubiegłego roku miałam wysoką temperaturę i silny ból w stawach. Codziennie.
Wzięła oddech, odsunęła się trochę, żeby móc lepiej pokazywać, co się z nią działo.
- Przez 2 tygodnie leżałam w domu, później trzy tygodnie w szpitalu. Potem mnie operowali. To znowu kolano mi spuchło. Miałam punkcję. Trochę w domu byłam i znów w szpitalu. Przy prześwietleniu wyszło, że mam raka. A to nie rak. I tak dalej: uczulenie, zastrzyki, gorączka...
Historia choroby jest długa. Kobieta opowiada ją tak barwnie, że wszyscy pękają ze śmiechu.
Genowefa mieszka pod Lublinem. Od Ewy Miącz dowiedziała się, że w jej domu złamane zostały chyba wszystkie zasady Feng Shui i radiestezji: łóżko na skrzyżowaniu żył wodnych, pokój w bluszczach. Na dodatek nad wezgłowiem jej łóżka Matka Boska Bolesna, a nad łóżkiem męża - Jezus w koronie cierniowej. I mieli, co chcieli: ciernie i boleści.
Nękał ją coraz większy ból w stawach. Nie mogła już chodzić. Dostawała maści do smarowania, ale po tygodniu stosowania znowu było źle. Ewa Miącz uznała, że przyczyny dolegliwości należy szukać nie w stawach, ale w złej diecie. Dlatego zaordynowała głodówkę. (Genowefa przyznaje: "Ja nie jadłam, tylko żarłam. Ogromne ilości i szybko: ciach, ciach, ciach, na pół, na ćwierć i myk, myk.") Organizm oczyszczał się dość burzliwie.
- Walczyłyśmy o życie - mówi Ewa Miącz. - Było wiele sygnałów świadczących o skrajnym wyczerpaniu sił życiowych. Zasadniczą walkę wygrałyśmy. Wróciła sprawność kolan. I to, co najbardziej jest teraz istotne, to brzuch, jelita i drogi rodne, a nie stawy, które były pretekstem do przyjazdu.
Robimy Genowefie zdjęcia
- Jeszcze w życiu nikt mi tylu zdjęć nie robił! No, chyba że rentgenowskich - mówi ze śmiechem. Nazywam się Ewa. Przyjechałam tu z rozpoznaniem: rak piersi Ewa wytatuowała sobie kiedyś kreski pod oczami i na powiekach, żeby na zawsze już była odstawiona jak należy. Ciekawe, kiedy jej zżółkła cera. I od czego: od solarium czy od raka?
- Mój dzidziuś (trzy latka ma) tak się mocno przytulił do piersi, że zabolało. Za dwa dni zrobiłam badania i wyszło, że to nowotwór złośliwy, nieoperacyjny. Co mnie może czekać? Chemia? Lampy? A potem własne dziecko mnie nie rozpozna. Nie wierzę lekarzom. No bo co oni mi proponują? Leczyć nieuleczalne?
O dr Miącz przeczytała w gazecie. Zadzwoniła do niej i usłyszała: "Chcesz żyć? Przyjeżdżaj!" Nie wierzyła już nikomu, ale wsiadła w pociąg i przyjechała. "Nie jedzą, a żyją i jeszcze się śmieją?" - pomyślała zdumiona. W Nałęczowie okazało się, że rak piersi to pryszcz w porównaniu z tym, co ma w jelitach, nerkach i wątrobie. Jak jej się terapeutka dobrała do receptorów, to z bólu się popłakała. USG wykazywało, że wszystko jest w normie, a tu wszystko było źle. "To nie wiedzieli tego ci, co się tyle lat uczą?" - w Ewie miesza się rozgoryczenie i poczucie przegranej. Ale także podejrzliwość. Nie chce wyjść na pierwszą naiwną. Ciągle o coś pyta. Chce żyć. Ma czworo dzieci. Następnego dnia zaczyna głodówkę, razem z innymi będzie piła mocz.
Nie ona jedna ma raka. Stanisław jest już po chemii i po operacji. Teresa wie o nowotworze z USG, ale nie chce się dać pokroić.
- Moim zdaniem, Ewa powinna z tego wyjść - mówi dr Miącz - trzeba tylko cierpliwości. Uczestniczenie w życiu kuracjuszy sprawia mi, dziennikarce, pewną trudność. W planie dnia brakuje trzech pozycji: śniadanie, obiad, kolacja. W końcu jednak idę jeść, ale tak jakoś ukradkiem, żeby nikomu nie sprawić przykrości.
Zamiast śniadania jest gimnastyka. Ćwiczenia są proste: opukuje się palcami głowę, naciąga włosy, naciera uszy, uciska szczęki, masuje się ramiona, ręce, uda, łydki, stuka się piętą o podłogę. To rozgrzewa. Kuracjusze idą na dwór i boso chodzą po śniegu. Wracają rozbudzeni, roześmiani. Chowają się w pokojach. Kto na lewatywę - znika w łazience, kto na masaż - idzie do gabinetu. Potem niektórzy kładą się do łóżek. Koło południa może wybiorą się na spacer. A wieczorem znów będą o sobie opowiadać:
"Jestem rolniczką, korzystałam z wielu szpitali, od 1992 roku mam na nogach otwarte rany..."
"Moja córka Paulinka nie ma czucia od pasa w dół..."
"Przyjechałam tu 3 dni temu, lekarze kazali mi się już pożegnać z dziećmi..."
Żródło TU
Etykiety:
dr.Ewa Hankiewicz,
historie,
leczenie RZS,
lecznicze diety,
lekarz,
post,
post leczniczy,
reumatoidalne zapalenie stawów,
surowa dieta,
witarianizm
niedziela, 17 marca 2013
To co najprostsze jest najgenialniejsze - wywiad z dr Ewą Hankiewicz
Mój organizm nie boi się niczego
To co najprostsze jest najgenialniejsze - mówi doktor - neurolog i witarianka Ewa Hankiewicz.
Studia medyczne wybrałam z powołania - chciałam pomagać ludziom. Byłam gorliwą studentką. Nawet egzamin z neurologii zdałam na celujący, chociaż rzadko stawiano takie stopnie. Tak więc, nie przypadkiem, zostałam neurologiem. Już wówczas zaczęłam studiować leki bardziej pod kątem ich działań ubocznych niż leczniczych i swoim pacjentom starałam się dobierać leki właśnie pod kątem ich najmniejszej szkodliwości. Starałam się też zlecać więcej zabiegów niż leków.
W swojej specjalizacji neurologicznej spotykałam się z chorobami, w stosunku do których konwencjonalna medycyna jest całkowicie bezradna: stwardnienie rozsiane, Parkinsonizm, guzy mózgu, choroba Alzheimera, zresztą dotyczy to również "zwykłych" korzonków, czy migren. Sama cierpiałam na uporczywe migreny przez kilkanaście lat. Już jako neurolog codziennie brałam pyralginę w zastrzykach, aby pozbyć się bólów głowy. Wtedy właśnie nie mogąc pomóc ani sobie, ani wielu moim pacjentom, zaczęłam zastanawiać się nad tym, że tu chyba jest coś nie tak.
Od dziecka byłam bardzo chorowita: przeszłam wiele chorób, miałam duże zmiany w kręgosłupie, a w wieku 20 lat pozbawiono mnie pęcherzyka żółciowego, miałam tam ze 140 złogów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stosując odpowiednią dietę, można w kilka dni złogi te wyczyścić, zachowując pęcherzyk. Na egzaminie praktycznym z chirurgii na pytanie: czy złogi w pęcherzyku są zagrożeniem, prawidłowa odpowiedź miała brzmieć: tak, jest to stan przedrakowy i jedynym rozwiązaniem jest wycięcie pęcherzyka. Tak więc, gdy stwierdzono u mnie kamienie, biorąc pod uwagę wiedzę, którą zdobyłam na studiach, posłusznie poszłam na operację.
Myślę, że właśnie od tego czasu zaczęły się moje poważne problemy zdrowotne. Miałam bóle głowy, chory kręgosłup, miałam paradentozę, problemy z układem trawiennym. Sama będąc chorą i na co dzień lecząc ludzi przykutych do łóżka z powodu chorób neurologicznych, widziałam swoją wielką bezradność. I znowu zapaliła się czerwona lampka - że coś tu nie tak.
Punktem zwrotnym w moim życiu, nie tylko rodzinnym, ale także zawodowym, była choroba i śmierć mojego brata, który umarł z powodu chłoniaka złośliwego. W tym czasie interesowałam się już medycyną alternatywną. Nie zdążyłam jednak pomóc bratu. Wcześniej, nawet niż sam nowotwór, zabiła go chemia, którą go leczono. Zabiła go tak szybko, że nawet nie zdążyłam zastosować urynoterapii, o której czytałam. Wpadłam w depresję. Byłam w tym czasie przed egzaminem specjalizacyjnym właśnie z neurologii, gdy wpadła mi w ręce książka Mai Błaszczyszyn "Dieta życia". Przeczytałam ją jednym tchem, a następnego dnia zaczęłam już stosować. I o dziwo - jedząc głównie surowe warzywa i owoce w przeciągu dość krótkiego czasu stanęłam na nogi. Zdałam egzamin i wróciła mi chęć do życia. Pozbyłam się większości moich chorób. Przez pół roku leczyłam się tą dietą, ale gdy poczułam się dość dobrze, powróciłam do tak zwanej "normalnej" diety. Dolegliwości odzywały się od czasu do czasu . Ale nie były, aż tak jak wcześniej, dokuczliwe. Nie zastanawiałam się jeszcze wtedy nad wpływem diety na zdrowie. Urodziłam dziecko, no i problemy zaczęły się od nowa: krwotoki, szpital, śmierć kliniczna, operacja po operacji, no i diagnoza - wyrok: brak szans na wyleczenie. Wtedy przypomniałam sobie o poście i urynoterapii. Przypomniałam sobie o nich, gdy po dłuższym niejedzeniu po operacji, podano mi pierwszy posiłek. Zażyczyłam sobie, aby przyniesiono mi z domu ryż z marchewką. Myślałam wówczas, że jest to jedzenie, w tym momencie dla mnie, najzdrowsze pod słońcem. No i zaczęło się znowu - gorączka, krwotok, powrót wszystkiego. Moi koledzy po fachu rozłożyli ręce - byli bezradni. Wówczas pomyślałam: skoro zjadłam i jest tak źle, to nie należy jeść. Po pięciu tygodniach postu wstałam z łóżka całkiem zdrowa. Wróciłam do pracy. Wówczas okazało się, że mój ojciec jest chory na nowotwór. Nie chciał uwierzyć w moje "naturalne metody" i za pół roku zmarł. A ja jak przystało na "ozdrowieńca" kupiłam sobie wołowinę, o której nauczono mnie, że jest zdrowsza niż wieprzowina. Tak do końca to wiedziałam już wtedy i nie wiedziałam. Doceniłam post jako leczenie, ponieważ dwukrotnie uratował mi życie, ale jakoś codziennego zdrowego żywienia nie potrafiłam jeszcze wtedy rozpoznać i docenić. Zresztą niewiele o nim wiedziałam. Moje informacje były fragmentaryczne.
Wróciły znów obowiązki i mój poprzedni sposób życia. Zrozumiałam, że nie wystarczy raz wysprzątać organizmu - zastosować przez pół roku głodówki leczniczej. Trzeba dalej dbać i pielęgnować go codziennie. Trudno żyć z brakiem kilku narządów i kupą leków, które w swoim krótkim życiu zdążyłam już łyknąć. Trapiły mnie znów różne dolegliwości. Nie mogłam przecież pozostać na całe życie na poście urynowym. Czułam, że muszę coś robić, aby się ratować. Na medycynę szpitalną przestałam już liczyć. Co najwyżej, miała mi do zaproponowania wycięcie jeszcze jednego potrzebnego narządu, lub nowe leki, które wprawdzie coś tam pomagały, ale też i rujnowały resztki mojego zdrowia.
Wtedy dopiero świadomie zaczęłam eksperymentować z dietą. Eliminowałam pokarmy, co do których miałam wątpliwości, że mi szkodzą. Jako pierwsze wyeliminowałam mięso. Później inspirowana książką hinduskiego lekarza "Mleko cichy morderca" wyeliminowałam mleko i wszelkie wyroby z mleka. Wtedy też uświadomiłam sobie, że to właśnie jadanie nabiału, który był kiedyś podstawą mojej diety, doprowadziło moje zdrowie do takiego stanu. Pierwsza moja tak zwana zdrowa dieta, którą przyjęłam, zawierała gotowane produkty, zdrowe razowe pieczywo, rośliny strączkowe. Ale dalej czułam, że to nie tak. Z pieczywem było mi się najtrudniej rozstać. Wtedy włączył się mój naturalny "pilot". Zaczęłam myśleć intuicyjnie, wracać do natury. Odkryłam, że to co najprostsze jest najgenialniejsze, dlatego trudne do zrozumienia. To wówczas, któregoś dnia, kupiłam swój ostatni bochenek chleba. Wtedy jeszcze z przerażeniem myślałam, jak to będzie, gdy pieczywo zniknie z mojego życia. No i nie ma pieczywa. W ostatniej kolejności wyeliminowałam produkty strączkowe. Długo wydawało mi się, że trzeba je jeść, ze względu na dużą ilość białka. Ale z biegiem czasu i moich przemyśleń, wnikliwego obserwowania siebie, w mojej diecie pozostały tylko świeże owoce i warzywa. Dobrze się czuję, gdy jem, nie mieszając, jeden gatunek warzyw lub owoców przez dłuższy czas.
Jak się ma, na przykład, moje 2 kilogramy gruszek, które zjadam w ciągu dnia i tryskam energią, do konwencjonalnego obiadu? Doszłam więc po latach obserwacji i praktyki do swojej optymalnej diety, o której myślę też, że jest optymalną dietą dla wszystkich. Jesteśmy jako gatunek owocożerni, nawet nie warzywożerni, a na pewno nie wszystkożerni.
Dzisiaj przyszła do mnie moja pacjentka, która od tygodnia jest na owocowo-warzywnej surowej diecie. Powiedziała mi, że przestały jej marznąć i cierpnąć ręce i nogi. Ci, którzy wcześniej rozcierali jej marznące ręce, teraz bardziej marzną od niej. Jej jest gorąco. Inna moja pacjentka, która od wielu lat w ogóle nie jadła surowizn, bo lekarz kiedyś powiedział jej, że szkodzą jej zdrowiu, przyszła po raz pierwszy do mnie w pięciu swetrach trzęsąc się z zimna. No więc jak jest z tym wychładzaniem? Gdy pacjentka ta przeszła na surową dietę, natychmiast poprawił się jej stan zdrowia i zdjęła z siebie kilka swetrów.
Pożegnajmy się więc z pierwszym mitem, że surowa dieta wychładza organizm. I, że zimą powinniśmy jeść gorące kasze, zupy, a owoce i warzywa zostawić na upalne lato.
Nie surowizny, lecz nabiał wychładzają organizm. Energia jest w surowym jedzeniu. Jabłko pięknie grzeje, banan może trochę mniej, ale wcale nie wychładza. Powinniśmy jeść to co u nas rośnie. Ale nawet banan w porównaniu ze zwykłym chlebem jest jak nektar bogów - zdrowy i bezpieczny. Patrząc na gotowane pożywienie rozgrzeszyłam nawet cytrusy. Uważam, że późne owoce - jabłka i gruszki są doskonałym pokarmem na zimę. Są w stanie nas tak wspaniale ogrzać i dać nam tyle energii potrzebnej na przetrwanie zimy. Późna gruszka nie zmarznie nawet na mrozie. Orzechy są również doskonałą spiżarnią na zimę. Energia jest w surowym jedzeniu. Może i gotowanie dodaje jakiegoś rodzaju energii do pożywienia. Ale jaki jest sens, aby jedną energię zabijać, po to aby dać jakąś drugą.
Je się wtedy gdy człowiek jest głodny. Aby się "dobrze" odżywiać wystarczy jeść, gdy się jest głodnym. Zauważyłam, że teraz, gdy jem owoce, zawsze mam umiar, wiem kiedy skończyć. Organizm jest syty i daje mi sygnał. Kiedyś, gdy podjadałam pożywienie przetworzone i wymieszane, trudno mi było uchwycić naturalnie tą granicę. Dopiero wypchany żołądek mówił: stop.
Powtarzam zawsze moim pacjentom: surowe dożywia, wszystko inne zaśmieca organizm i że jedynym pożywieniem, które daje energię i zdrowie są surowe owoce, warzywa i orzechy. Pozwalam także, od czasu do czasu, na olej tłoczony na zimno i na złamanie diety gotowanym pożywieniem. Wielu pacjentów, nie rozumiejąc, że na ich dolegliwości, pomóc może jedynie odpowiednie żywienie, a nie jakieś specjalne zapisane przeze mnie leczenie, opóźnia czas przechodzenia na dietę. Rozumiem ich, bo ja także bardzo powoli zmieniałam swoje żywieniowe przyzwyczajenia, nie doceniając wielokrotnie roli żywienia w leczeniu. Często pacjent odchodzi ode mnie i idzie do lekarza, który nie wymaga tak wiele i po prostu zapisuje tabletki. Ci pacjenci, którzy jednak spróbują, widzą już po kilku dniach efekty tej diety.
Niektórzy uważają, że powoli należy zmieniać dietę, aby nie był to szok dla organizmu. Ja uważam, że można to zrobić od zaraz. Jest to tylko kwestia gotowości naszego umysłu i porzucenia naszych przyzwyczajeń.
Pacjenci pytają: to pani doktor na diecie? A ja im odpowiadam: ja po prostu zdrowo jem. Im bardziej jestem zdrowa, to tym bardziej chce mi się zdrowo jeść. Leczyłam ludzi, którzy sobie nie wyobrażali życia bez kawy i bez papierosów. W miarę ilości wypijanego soku z marchwi, zmienia się ilość wypalanych papierosów. Sposób bycia także. Zauważyła to studentka, pisząca pracę magisterską, która przyszła do mnie z prośbą o podanie adresów osób będących na diecie owocowo-warzywnej. Wszyscy jej rozmówcy okazali się być rozmowni, przychylni, tryskający energią, zadowoleni z życia. Nie marudzili - tak jak spodziewała się tego - że katują się dietą, poszczą. Szczególnie szczęśliwa była kobieta chora na cukrzycę, której lekarze zabronili jeść jej ulubione winogrona, a nakazali jadać wędliny, sery i inne rzeczy, których nie znosiła. Teraz objada się swoimi ukochanymi winogronami i czuje się bardzo dobrze.
Co na to wszystko środowisko lekarskie? Umierałam w łomżyńskim szpitalu. Według tamtejszych lekarzy nie powinnam już żyć. Gdy pod wpływem własnych przeżyć i zmagań z trapiącymi mnie chorobami, odeszłam już tak daleko od konwencjonalnego widzenia choroby, jej skutków i leczenia, że ciężko byłoby mi wrócić do konwencjonalnej placówki zdrowia, otworzyłam własny gabinet. Trafiali do mnie beznadziejnie chorzy pacjenci, na których medycyna oficjalna postawiła już krzyżyk. Powrót do zdrowia tych ludzi uznano oficjalnie za cudowne ozdrowienie. Chociaż żadnego cudu tu nie było. Niekiedy moi znajomi lekarze podsyłali mi pacjentów, z którymi nie wiedziano co zrobić. Najczęściej takich, gdy operacja się udała, a pacjent nie zdrowieje.
Przeszłam długą szkołę. Jeśli jako młoda lekarka neurolog ze świeżo zdaną specjalizacją na pięć, musiałam sobie codziennie wstrzykiwać pyralginę, aby przeżyć dzień bez bólu, to kiedy ja powinnam dostać tą piątkę - teraz gdy sama nie mam już żadnych dolegliwości i leczę dwudziestoletnie migreny u pacjentów w ciągu tygodnia lub miesiąca, czy wtedy gdy sama faszerowałam się lekami, nie szczędząc ich również swoim pacjentom? Jeśli kiedyś komuś przyjdzie do głowy, aby odebrać mi mój lekarski dyplom, zarzucając mi, że nie leczę pacjentów według oficjalnej wiedzy medycznej, to ja zapytam, jak medycyna poradziła sobie ze stwardnieniem rozsianym, nowotworami, Parkinsonem i tak dalej.
Dlaczego na studiach medycznych nie nauczono mnie, że na stopach są punkty refleksyjne, nie było zajęć na temat diety, dlaczego nie powiedziano mi, że pijąc olej z cytryną mogę pozbyć się kamieni, tylko wycięto mi mój pęcherzyk żółciowy? W porównaniu z kilkukrotnie większą ilością kamieni, które w ten sposób usuwam pacjentom, moje 140 dla tej mikstury, nie byłoby problemem. Dlaczego na zajęciach z fizjologii nauczono mnie, że w trzecim roku życia tracimy enzymy do trawienia mleka, ale już nikt później z tego nie wyciągnął wniosków. I dotąd nie wyciąga.
Powstaje coraz więcej literatury naukowej na ten temat. Nie jest ona zlecana i finansowana przez rządy, ale powstaje dzięki lekarzom, czy naukowcom, którym w życiu przydarzyła się podobna historia do mojej. Albo, oni sami byli ciężko chorzy, lub ktoś z ich bliskiej rodziny stał na pograniczu życia i śmierci. Wówczas, bazując na oficjalnej wiedzy, którą sami przez lata uprawiali, a która w takim momencie nie miała im już nic do zaproponowania, skazywała ich na śmierć, zwracali się ku diecie czy, niekonwencjonalnemu leczeniu. Doktor John Tilden, dr Simonton, doktor Sharma, i wiele wiele innych.
Nawet te moje ciotki, które kiedyś nie mogły ścierpieć tego, że nie poczęstuję się szyneczką i bigosem, teraz gdy przyjeżdżam podają mi surówki, a i same już też tylko od czasu do czasu jadają mięso. Czują się znacznie lepiej i zawsze, gdy przyjeżdżam nadstawiają uszy na to "nowe". Myślę więc, że to już czas, aby zacząć mówić publicznie o zdrowej diecie. Bo te rzadkie zalecenia na ten temat, które dostają pacjenci, są zbyt fragmentaryczne. Gdy chory na wątrobę dostaje zalecenie, aby nie jeść smażonego, wówczas i tak, nie wiedząc o tym, je inne rzeczy, które mu równie szkodzą. Najczęściej jednak - o zgrozo - lekarze zabraniają jeść surowizny.
Wielu pacjentów chciałoby się zdrowo odżywiać, ale mają tak mylne pojęcie, co do zdrowej diety, przypadkowo wybudowane na podstawie reklam i artykułów w prasie kobiecej, że często robiąc to szkodzą własnemu zdrowiu. Ja sama w pewnym czasie zjadałam 2 duże jogurty z płatkami razowymi, a wraz ze mną każdy członek rodziny musiał to zrobić. Wydajemy nasze pieniądze na wiele rzeczy, co do których mamy mylne pojęcia. Myślimy, że nam pomagają, a one nam szkodzą. Każdy może robić ze swoim zdrowiem co chce. Ale powinien wiedzieć, że na przykład sok w kartonie nie ma żadnej wartości odżywczej, a niekiedy z powodu nadmiaru dodatków chemicznych, może nawet zaszkodzić. I nie jest to ten sam produkt, co sok wyciśnięty w domu w sokowirówce.
Zanieczyszczenia warzyw i owoców chemią rolną: azotynami, pestycydami itd. są dużym problemem. Warzywa, w których jest skumulowanych dużo tych środków, są niewątpliwie szkodliwe dla naszego zdrowia, ale... w przeciętnej marchewce - jak wykazują badania - jest 150 razy mniej pestycydów, niż w tej samej ilości mleka, czy mięsa. Przecież zwierzęta również karmione są skażonymi chemią rolną płodami i kumulują te substancje w swoich organizmach lub wydalają właśnie z mlekiem. Skoro nie możemy wyeliminować tak powszechnej chemii z naszej żywości to możemy pocieszyć się tym, że jadanie warzyw, czy owoców z tymi "dodatkami", jest bardziej bezpieczne, niż picie mleka, czy jadanie mięsa. Warzywa bowiem, zawierają również cenny błonnik, który częściowo neutralizuje działanie tych środków.
Gdybyśmy nawet wypili 5 litrów soku z marchwi, to nie przedawkujemy niczego. Bowiem nasz organizm wie co z tym zrobić. Zrobi sobie zapasy, lub po prostu wydali nadmiar niektórych składników. Gorzej jest ze sztucznymi witaminami. Najnowsze badania pokazały, że organizm nie radzi sobie z wydaleniem nadmiaru nawet syntetycznej witaminy C, a więc łykanie pastylek, nawet z dotychczas uważaną za "niewinną" witaminą C, nie jest całkiem bezkarne. Może wywoływać uszkodzenia wątroby i innych organów wewnętrznych.
Inną sprawą jest, że niekiedy jakiś rodzaj pokarmu - jak wykazują badania analityczne tego pokarmu - bogaty jest w potrzebny nam składnik, na przykład mleko bogate jest w wapń. Tylko, problem w tym, że nasz organizm nie może tego wapnia w żaden sposób wykorzystać. Aby przyswoić wapń, potrzebny jest odpowiedni stosunek wapnia do fosforu, a takiego nie ma w mleku. Te proporcje są natomiast idealne w orzechach, owocach i warzywach. Z wapnia zawartego w mleku mogą powstać, co najwyżej, złogi w nerkach, drogach żółciowych i w stawach. A więc, mleko nie tylko nie dostarcza wapnia do naszego organizmu, ale na dodatek powoduje jeszcze zabieranie odłożonego już wapnia z kości. Stąd w społeczeństwach, w których pija się dużo mleka i jada sery itp., statystycznie występuje największe zagrożenie osteoporozą. Aby to stwierdzić, wystarczy spojrzeć na statystykę chorób. Niestety, u nas cały czas pokutuje mit, że picie mleka wpływa korzystnie na bilans wapnia w organizmie i pacjentom z osteoporozą zaleca się picie mleka. A tak w ogóle, to mleko jest dobrym pokarmem tylko dla ssaków w początkowym okresie ich życia. Później zanikają u nas enzymy do jego trawienia.
Drugi mit, na którym bazuje tzw: nowoczesna dietetyka, a który również wiąże się z mlekiem i z mięsem mówi, że do życia potrzeba nam dużych ilości białka. Tymczasem nasz organizm permanentnie otrzymuje za dużo białka, które później pracowicie musi usuwać. My chorujemy z powodu nadmiaru białka. Na rozkładanie cząsteczek białka, aby go usunąć, tracimy zbyt wiele energii i zbyt obciążamy tym organizm. Przychodzą do mnie matki z dziesięciolatkami z objawami braku energii życiowej. Słodycze, mięso i tylko gotowane - taka jest ich dieta. Sumując: to, że jakaś substancja obecna jest w pokarmie, nie znaczy jeszcze, że będzie nam ona przydatna. Podobnie rzecz się ma z truciznami w żywności. Zdrowy, nie zatruwany niewłaściwym pokarmem organizm, z prawidłową florą bakteryjną w jelitach, ma wiele różnych mechanizmów blokujących przyswajanie trucizn, a także sposobów na ich wydalanie. Błonnik, którego jest dużo w surowej diecie, ma wspaniałe zdolności wiązania trucizn i wyrzucania ich z organizmu. Zdrowy, dobrze odżywiony organizm nie musi bać się bakterii, wirusów, pleśni, toksyn. Przychodzą do mnie pacjenci, z ranami, których sami brzydzą się dotykać. Kiedyś łapałam wszystkie grypy, anginy, a teraz mój organizm nie boi się niczego.
Jeśli już musimy smarować chleb to nie kupujmy margaryn. Najlepiej stosować olej tłoczony na zimno. Jest on najmniej skażony szkodliwymi dodatkami. Produkowany w temperaturze nie niszczącej bioelementów jest najzdrowszy. Natomiast ten tzw.: "normalny" przetworzony olej jest wielkim wyzwaniem dla naszego systemu trawiennego, zaśmieca organizm, który nie umie trawić, zmodyfikowanych przez produkcję, związków tłuszczowych.
Popularne leki, przepisywane na przeziębienia i grypy, leczą jedynie objawy tych chorób. Usuwając objawy, przeszkadzają w ten sposób i zamykają organizmowi możliwości samoleczenia. Na przykład: większość popularnych leków zbija temperaturę, a zbijanie nawet niezbyt wysokiej temperatury powoduje blokowanie organizmowi możliwości samoleczenia. Nasze komórki żerne, oczyszczające organizm, są aktywne dopiero w 39,5 stopniach. Jeśli zbijemy temperaturę, wówczas choroba ciągnie się i ciągnie, bo organizm nie może wyzbyć się wyprodukowanych toksyn. Gdy używamy leki przeciw katarowi - popularne krople do nosa, zamykamy następną drogę oczyszczania się organizmu z toksyn: poprzez wyrzucanie kataru.
Leczę obecnie pacjentkę, której wycięto migdałki, czyli zamknięto organizmowi drogę do samoczynnego wydalania toksyn. Później miała rzut reumatyzmu, czyli odezwały się te toksyny, które nie miały ujścia, a organizm gromadził je w stawach. Leczono ją antybiotykami i sterydami - lekami hormonalnymi. Za dwa lata zjawił się nowotwór jamy brzusznej - czyli znowu, te toksyny, którym uniemożliwiano w kolejnych etapach "leczenia" wydalenie się, powodowały coraz cięższe choroby. Inną moją pacjentkę, jakiś czas temu, ktoś wyleczył z trądziku, również antybiotykami i sterydami. A przecież trądzik to nic innego jak właśnie wyrzucanie przez organizm toksyn przez skórę. Teraz, pacjentka ta, mimo młodego wieku, ma nowotwór wątroby. Powtarzam: nasza medycyna, lecząc na ogół objawy, zamyka drogę oczyszczania się organizmu z toksyn, dlatego z jednej choroby popadamy w inną. I jeszcze na dodatek, do głowy nam nie przyjdzie, aby powiązać razem, często odległe w czasie choroby. Cieszymy się ze zwycięstwa medycyny nad daną chorobą, a gdy nadchodzi następna, to od nowa z pełnym zaufaniem znowu poddajemy się leczeniu. Koło się toczy.
Dlaczego? Dlatego, że współczesna medycyna ma wiele aspektów. Między innymi ekonomiczny.
wywiad, który okazał się monologiem spisała: Agnieszka Olędzka
Żródło: Wegetariański Świat
Etykiety:
dr.Ewa Hankiewicz,
gościec postępujący,
historie,
leczenie RZS,
lecznicze diety,
lekarz,
post,
post leczniczy,
raw,
surowa dieta,
witarianizm
Subskrybuj:
Posty (Atom)
