Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 marca 2015

Wiemy co jemy - relacja pacjentki - lekarza psychiatrii



Artykuł z "Wiemy Co Jemy"

"Jako uzupełnienie naszego cyklu "Wojny dietetyczne", w którym od zeszłego tygodnia omawialiśmy Współczesną Dietę Paleolityczną (WDP), dziś prezentujemy przypadek jednej z pacjentek Małgorzaty Desmond, współzałożycielki naszej fundacji. Po zastosowaniu diety eliminacyjnej (typu Paleo Autoimmune Protocol, opisywanej przez nas dokładnie w czwartek 5 marca) odnotowano u tej pacjentki remisję seronegatywnego zapalenia stawów. Pacjentka ma 43 lata i jest lekarzem psychiatrą. Oto jej własna relacja:
"Przez całe dorosłe życie starałam się prowadzić zdrowy tryb życia tzn. uprawiałam regularnie sporty, jadłam warzywa, owoce, unikałam białego pieczywa, cukru oraz mięsa, spożywałam małe ilości mleka. Jednakże z powodu pracy od 15 lat byłam narażona na silny stres.
W 24 r.ż. rozpoznano u mnie niedoczynność tarczycy oraz chorobę autoimmunologiczną – Hashimoto. Byłam od tej pory pod opieką endokrynologa.
Miałam tendencję do wzdęć brzucha. Poza tym czułam się zdrowa.
W październiku 2012 r. zaszłam w ciążę i z tego powodu zmieniłam dietę: zaczęłam jeść mięso, nabiał w znacznie większych ilościach niż dotychczas. Badania wykazały znaczny niedobór wit. D, którą uzupełniałam podczas trwania ciąży z miernym efektem.
W I trymestrze ciąży pojawił się obrzęk stawu międzypaliczkowego dystalnego palca II prawej ręki z bolesnością miernego stopnia. W USG stwierdzono zwiększenie ilości płynu w pochewce ścięgien zginaczy palca ręki prawej z pogrubieniem błony maziowej do 5 mm i wzmożonym przekrwieniem – czyli objawy zapalenia. Za prawdopodobną przyczynę uznano przeciążenie ręki i zalecono zakaz pisania przez 6 tyg., okłady i żel z NLPZ (niesterydowych leków przeciwzapalnych), ale z powodu ciąży nie mogłam go stosować. Po zastosowaniu się do zaleceń objawy zmniejszyły się ale nie ustąpiły do końca ciąży, a po ok. 2 m-cach po rozwiązaniu nasiliły się oraz wystąpiły bardzo nasilone objawy zespołu cieśni nadgarstka obu dłoni.
Z powodu dolegliwości bólowych nie mogłam w nocy spać, nie byłam w stanie wziąć na ręce mojego synka. Z tego powodu zaplanowano zabieg chirurgiczny i 6 m-cy po urodzeniu dziecka przerwałam karmienie piersią i miałam zgłosić się na wyznaczony termin zabiegu. W tak zwanym międzyczasie wykonałam badanie USG u innego specjalisty, którego zaniepokoił niespecyficzny charakter zmian dla zesp. cieśni mogący sugerować stan zapalny w obrębie stawów i zasugerowano konsultację reumatologiczną.
Byłam u 6 reumatologów różnych ośrodków i wszyscy na podstawie objawów choroby i wyników badań stwierdzali spondyloartropatię seronegatywną (seronegatywne zapalenie stawów), a jako leczenie proponowali sterydoterapię do końca życia lub metotreksat. O diecie nie wspomniał żaden z lekarzy jako o metodzie, która byłaby być zalecona chociaż jako leczenie wspomagające proces leczniczy, a na moje pytanie (już po przeczytaniu wielu artykułów w medlinie na ten temat), wszyscy o zgrozo mówili, że to nie ma żadnego naukowego uzasadnienia!!!).
Wówczas trafiłam do pani dr Edyty Biernat-Kałuży (członka Rady Naukowej Fundacji WIEMY CO JEMY - przyp. red.), która zleciła szereg badań, w tym na nadwrażliwości pokarmowe, bad. czynników zapalnych, autoimmunologicznych, genetycznych i wiele in. oraz zaleciła kontakt z panią Małgorzatą Desmond celem ustalenia diety.
Badania nie wykazały predyspozycji genetycznych natomiast potwierdziły proces zapalny oraz wykazały znacznie podwyższone miano p/ciał Ig G dla Yersinii 47,0 u/ml (norma <10) oraz na górnej granicy normy antykoagulant tocznia – 39,2 sek (norma 30,5-40,6).
W badaniach pokarmowo-swoistych p/ciał IgG wysokie miana były m.in. dla: wszystkich produktów mlecznych, gliadyny, pszenicy, fasoli, manioku, grzybów.
W wyniku zastosowanej diety niskoantygenowej (typu Paleo) (bez zastosowania leków po konsultacji z lekarzem!) ustąpiły wszystkie dolegliwości bólowe stawów w ciągu 3 miesięcy.
Obecnie obraz w badaniu USG jest w zasadzie prawidłowy. Spadły również markery stanu zapalnego, p/ciała dla Yersinii są w normie (bez zastosowania antybiotyków), a także znacząco zmniejszył się poziom antykoagulantu dla tocznia. Zaś p/ciała dla tarczycy mają wyraźna tendencję spadkową. Nadmienię, że kiedy w Święta nieznacznie sobie pofolgowałam z dietą, od razu nawróciły dolegliwości bólowe stawów, co miało też odzwierciedlenie w wynikach badan - podwyższone markery stanu zapalnego i p/cial tarczycowych. Tak więc szybko wzięłam się w karby i myślę, że tak już zostanie. Oprócz diety zażywam też witaminę D3, probiotyk, oraz mikroelementy (Ca, Se).
Czuję się zdrowa, jestem pełna energii, nie mam dolegliwości bólowych i mogę bez przeszkód bawić się z moim małym synkiem.
Pozdrawiam serdecznie - wdzięczna pacjentka 
KOMENTARZ:
Ponieważ nie dysponujemy badaniami randomizowanymi w tym zakresie, nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że ustąpienie dolegliwości u tej Pacjentki jest efektem zastosowanej diety. Jednakże jest to prawdopodobne, z racji na właściwości protokołu autoimmunologicznego diety Paleo (które omawialiśmy w zeszłym tygodniu). Nie ulega wątpliwości, że dieta zastosowana w tym przypadku przez Małgorzatę Desmond miała silne właściwości przeciwzapalne oraz korzystnie wpływające na szczelność bariery jelitowej, co samo w sobie jest jednym z priorytetów terapii chorób o podłożu zapalnym. I co najważniejsze - dieta Paleo w wersji proponowanej przez Małgorzatę Desmond (która uwzględniając wszystkie eliminacje protokołu autoimmunologicznego, nadal nosi cechy zmodyfikowanej diety śródziemnomorskiej, o czym szerzej pisaliśmy już w trwającym u nas cyklu "Wojny dietetyczne", do którego lektury serdecznie zapraszamy) jest bezpieczna, nie ma żadnych efektów ubocznych i może korzystnie wpływać na ryzyko wielu chorób cywilizacyjnych."

Zdjęcie:
© JustCurious








wtorek, 9 lipca 2013

Sposób na reumatoidalne zapalenie stawów - rozmowa z Lidią Szadkowską, która pokonała RZS

Budzimy się, budzimy!! :)

Następny dowód na to , że odpowiednie żywienie pomaga w przezwyciężeniu RZS.
Tylko brać przykład od osób, które już przetestowały to na sobie. Warto chociaż spróbować innych metod, niż standardowe leczenie chemią.

"Reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), inaczej reumatyzm, to przewlekła choroba o podłożu autoimmunologicznym, co oznacza, że organizm niszczy własne tkanki, wywołując szkody dla stawów (od małych stawów w dłoniach, nadgarstkach i stopach przez stawy w łokciach, kolanach i biodrach po stawy barkowe). RZS może wystąpić w każdym wieku i bez względu na płeć. Zlekceważenie leczenia RZS może doprowadzić do zniekształcenia stawów, niepełnosprawności, a nawet przedwczesnej śmierci.


Dziś natomiast chciałabym przedstawić naszym Czytelnikom kobietę, która wygrała z RZS. Pomimo zaleceń lekarza zrezygnowała z leków i leczenia konwencjonalnego, które nie poprawiało, a pogarszało jej stan zdrowia! Postanowiła zwalczyć reumatoidalne zapalenie stawów metodami naturalnymi, co więcej – dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem z innymi ludźmi, których również dotknęła ta choroba.

Zapraszam do poznania niezwykłej historii Lidii Aleksandry Szadkowskiej – autorki książek: „Jak wyleczyć nieuleczalne choroby”„Kuchnia weganki” oraz „Leczyć czy wyleczyć?”.
Agnieszka Przetak, Wellnessday.eu: Witaj Lidio, cieszę się, że zgodziłaś się podzielić swoimi doświadczeniami z czytelniczkami Wellnessday.eu. Zwalczyłaś RZS – bolesną, bardzo uciążliwą chorobę, uważaną za nieuleczalną… Jak zareagował na to Twój lekarz?
lidia-szadkowskaLidia Szadkowska: Jak zareagował mój lekarz? To zależy w jakim momencie. Kiedy mieszkałam jeszcze w Kielcach na wspomnienie o leczeniu dietą, ziołami czy też sposobem niekonwencjonalnym mój lekarz mówił, że to na pewno nie pomoże, bo nie ma sposobu na wyleczenie się z tej choroby, że jeszcze nikt nigdy nie wyleczył się z zapalenia stawów. Mówił, że muszę jeść wszystko, bo osłabnę jeszcze bardziej. Na moje spostrzeżenia, że po lekach czuję się coraz gorzej mówił, że muszę „coś” łykać, bo znajdę się na wózku inwalidzkim, a w najlepszym wypadku będę „stukała” laską. Piękna perspektywa…
Gdy po kilku miesiącach zjawiłam się w gabinecie z dobrymi wynikami i w niezłej kondycji, był zdziwiony i zapytał co zrobiłam. Nie było widać zadowolenia na jego twarzy, ale zapytał co w takim razie ma mi przepisywać. Odpowiedziałam, że masaże i gimnastykę. Więc to dostawałam.
Natomiast już po zamieszkaniu w Szczecinie pani doktor, której odmówiłam łykania tabletek  zdenerwowała się i zarzuciła mi, że„może nie byłam nigdy chora” i że może powinnam się przynajmniej prześwietlić.
Uporządkowałam więc chronologicznie swoje dokumenty leczenia, zabrałam je ze sobą wraz z kliszami z prześwietleń i udałam się na wyznaczoną wizytę. Wytłumaczyłam, że mój stan nie jest wynikiem leczenia konwencjonalnego, ale tylko i wyłącznie moją zasługą. Widząc teczkę z moimi dowodami leczenia stwierdziła, że „tego wszystkiego” to nie będzie czytać, ale przejrzała klisze. Rozmawiałyśmy przez jakiś czas na temat mojego leczenia. Powiedziała, że wie o tym, że się tym interesuje, ale… (pozwolisz, że nie dokończę, mimo wszystko szanuję lekarzy, są nam jednak czasem potrzebni).

AP: Wróćmy zatem do początku. Choroba nie oszczędzała Cię – Twoje stawy stały się zesztywniałe i tak bolesne, że nie mogłaś spać w nocy. Codzienne czynności stały się katorgą. Kilkakrotnie zasłabłaś. Dochodziło do zatruć lekami. Słyszałaś z ust lekarzy, że nic się nie da zrobić… Skąd zatem w schorowanej, drobnej kobiecie znalazło się tyle sił, by przeciwstawić się zaleceniom medycyny konwencjonalnej? Od czego zaczęłaś walkę o swoje zdrowie i życie?
Lidia Szadkowska: Można mieć serdecznie dość koszmarnego bólu. Myślałam sobie, że lepiej umrzeć niż tak się męczyć, bo takie życie to bezsens. Albo… coś z tym zrobić, tylko co? Dzieci jeszcze małe, a ja mam być inwalidką uzależnioną od innych?
Ktoś mi powiedział, że skoro nic nie pomaga, to coś jest nie tak z tym leczeniem. Byłam zatruta lekami. Po którymś z rzędu zasłabnięciu wylądowałam w przychodni, a stamtąd zawieziono mnie do szpitala. Lekarz dyżurująca zapytała mnie czy na coś się leczę. Poinformowałam ją na co i jakie leki biorę. Podpowiedziała mi, że leki p/reumatyczne są najbardziej toksyczne i lepiej będzie jak je będę brała tylko wtedy, gdy już naprawdę muszę… Dało mi to do myślenia.
Ból był nie do wytrzymania, którejś nocy zerwał mnie z łóżka. „Leki” nie skutkowały, miałam dość wszystkiego. Wstałam więc, wyszłam przed dom… był świt, stojąc tak czułam pustkę i bezradność … a potem głęboka prośba do Boga o pomoc… I nagle spokój wewnętrzny, jakby pogodzenie się z losem, a rano nogi same mnie poprowadziły tam, gdzie znalazłam wskazówki. Zaczęłam dostrzegać różnego rodzaju publikacje, ulotki z zaproszeniami na spotkania z lekarzami wegetarianami, poznawać wegetarian, odwiedzać księgarnie medyczne  i wszystko zaczęło stawać się jasne. W miarę zdobywania informacji  szybko dojrzałam do decyzji o podjęciu leczenia na własną rękę. W końcu to ja cierpię, to moje życie i moje zdrowie, lekarz nie pomógł i nie on będzie za mnie decydował czy mam leczyć się konwencjonalnie czy w inny sposób. Udało się.

AP: Gillian McKeith radzi, aby osoby chore na RZS przeszły na wegetarianizm, a jeszcze lepiej na weganizm. Czy taka dieta sprawdziła się w Twoim przypadku? Co powinien jeść reumatyk, a co należy bezwzględnie wyeliminować z jego jadłospisu?
lidia-szadkowska-1Lidia Szadkowska: I naprawdę to racja. Przyczyną chorób reumatycznych są głównie puryny, czyli niestrawione białko, które zamienia się w kwas moczanowy i odkłada w stawach. Ten kwas moczanowy odkładany jest nie tylko w stawach, lecz w różnych miejscach ciała. Wniosek taki, że niemal wszystkie choroby spowodowane są nadmiarem spożywanego białka.
Z diety reumatyków należałoby wykluczyć nie tylko mięso, ale także warzywa strączkowe i nabiał. Puryny mogą powstawać także z mleczanów. Od wielu osób słyszałam, że po odstawieniu mięsa poczuli się lepiej, ale po odstawieniu nabiałów odczuli dużo większą poprawę. U mnie wegańska dieta zadziałała z bardzo dobrym skutkiem, a próbowałam też innych. To działa, donoszą mi również o tym czytelnicy.
Warzywa strączkowe też zawierają dużą ilość białka, dlatego trzeba je wykluczyć. Zwłaszcza soja ma go najwięcej, nawet więcej niż mięso.Tak naprawdę to człowiekowi wystarcza bardzo niewielka ilość białka. Tak więc reumatycy powinni wziąć to pod uwagę, a już bezwzględnie przestać je spożywać podczas oczyszczania organizmu. Orzechy arachidowe są absolutnie nie wskazane, natomiast inne orzechy w niewielkich ilościach można dopuścić. Nie powinno się ich jednak spożywać na pewno podczas oczyszczania organizmu.
Ziarna zawierające gluten też nie są wskazane. Są to: pszenica, żyto, jęczmień i owies.
Bezwzględnie należy wykluczyć glutaminian sodu, kwasek cytrynowy, aspartam i inne słodziki. Są to substancje nagminnie dodawane do gotowych potraw i napojów.
A co jadać? Wszystko co się da na surowo. Dużo owoców, soków, warzyw, zupy gotowane na wodzie z dodatkiem niewielkiej ilości oleju, kasze, zwłaszcza jaglaną. Takie jedzenie dostarcza nam najwięcej witamin i biopierwiastków niezbędnych dla utrzymania dobrej kondycji zdrowotnej.
 AP: Wspomniałaś o oczyszczaniu organizmu. Dlaczego jest ono tak istotne w procesie zwalczania RZS i co właściwie oznacza? Jak skutecznie oczyszczać się?
Lidia Szadkowska: Oczyszczenie organizmu jest niezbędne, by wydalić z siebie wszelkie toksyny z nieodpowiedniego jedzenia i aplikowanych nam przez medycynę leków, a jelita z zalegającego niestrawionego pożywienia. Gdy sama zaczęłam się oczyszczać nie wiedziałam, że robienie lewatyw tak bardzo pomaga. Oczyszczałam się więc sokami i surową dietą, przeszłam później na odżywianie wegańskie z eliminacją roślin strączkowych. I… czułam się naprawdę dobrze. Gdybym wówczas włączyła również lewatywy, na pewno szybciej wróciłabym do zdrowia. Ale i tak byłam szczęśliwa, że coś zadziałało i to jeszcze jak!  Oczyszczenie jelit jest niezwykle ważne, ponieważ to tam głównie „lęgną się” wszystkie choroby. Zatoksyczone jelita to pożywka dla bakterii, zmniejszona wchłanialność witamin i minerałów, a za to zwiększona wchłanialność toksyn zalegających w jelitach. Czysty organizm dużo skuteczniej broni się przed chorobami. Jest wyposażony w naturalne siły obronne.

AP: A co z dzienną dawką ruchu? Osoby chore na RZS boją się wstać z łóżka, bo boli, a co dopiero pójść na spacer. Co robić? Zostać w łóżku czy jednak zrobić ten pierwszy krok? Od jakich ćwiczeń zaczęłaś?
lidia-szadkowska-3Lidia Szadkowska: Ruch to życie, a bezruch to powolna śmierć. Chyba każdemu jest znane to powiedzenie. Kiedyś człowiek wspinał się na drzewa, pracował w polu, czy ogrodzie, dużo wędrował, teraz jeździ samochodem, „wędruje” pilotem po kanałach telewizora albo siedzi przed komputerem. Odszedł daleko od swojej prawdziwej natury. Do tego odżywia się nieprawidłowo. Dlatego powinniśmy dużo ćwiczyć. Jak najczęściej korzystać z zajęć fitness, siłowni, biegać, jeździć na rowerze itd. Ruch jest potrzeby nam jak powietrze, by zachować kondycję, pobudzić krążenie krwi i płynów ustrojowych. Organizm wówczas dotlenia się i skuteczniej wydala toksyny z tkanek, a mięśnie stają się na tyle silne, że są w stanie utrzymać stawy i kręgosłup w odpowiedniej pozycji. Utrzymują w prawidłowej pozycji także wszystkie organa wewnętrzne. Wskazane też są masaże, bardzo pomagają.
Dla mnie najlepszym sposobem na pokonywanie bólu była właśnie gimnastyka. Nie trzeba się poddawać tylko walczyć ze swoją słabością, a z każdym dniem będzie lepiej, zauważalnie.
Pozostawanie w łóżku to chyba najgorsza opcja. Ja miałam przymocowane do sufitu podwieszki bym mogła po przebudzeniu, jeszcze w łóżku, rozruszać się i móc wstać. Dość szybko okazały się nie potrzebne, bo prócz tego ćwiczyłam w dzień i w chwilach, gdy dopadał mnie ból. Ustępował wówczas na jakiś czas, a gdy wracał ja też wracałam do ćwiczeń. Z każdym dniem odczuwałam wyraźną poprawę, a ćwiczenia z czasem wykonywałam coraz rzadziej.

AP: Jak długo trzeba czekać na efekty tych wszystkich działań? Jak długo Ty czekałaś na ustąpienie RZS?
Lidia Szadkowska: To już zależy od tego jak długo ktoś się ”leczył” tabletkami, zastrzykami, jakim rodzajem i nie daj Boże sterydami czy cytostatykami. Te ostatnie najtrudniej spędzić z organizmu. Ja nie zdecydowałam się na leczenie ani złotem ani sterydami. Broniłam się przed nimi ku niezadowoleniu lekarza, bowiem już posiadałam jakąś wiedzę na temat ich szkodliwości. Miałam i tak dużo szczęścia, bo w chwili, gdy dostawałam propozycję leczenia solami złota czy sterydami zawsze ktoś się pojawiał na mojej drodze z informacją o jego skutkach. Nauczyłam się dokładnie sprawdzać działanie leków, czytając w ulotkach jakie mogą być skutki uboczne, które właściwie zawsze są. Pytałam także ludzi chorych o ich efekty leczenia.
U mnie poprawa wyników nastąpiła po około trzech miesiącach, ale kondycyjnie odczułam zauważalną poprawę już po kilku dniach. Oczywiście nie była to poprawa, która mi dała natychmiast pełną kondycję i pozbycie się bólu. Jednak była to zauważalna różnica. W kilka tygodni zaczęłam normalnie chodzić, nawet zaczęłam liście grabić w ogrodzie, co mnie samą zaskoczyło. Ból zmniejszał się stopniowo, coraz rzadziej brałam środki przeciwbólowe i w coraz mniejszych dawkach. Tak naprawdę to trudno mi określić dokładnie czas kiedy nastąpiła radykalna poprawa. Mogę powiedzieć, że bardziej widzieli ją znajomi i obcy „obserwatorzy”. Czas się dla mnie nie liczył. Najważniejszy był efekt.

AP: Lidio, powiedz na koniec czym dla Ciebie jest wellness.
Lidia Szadkowska: Moim zdaniem to sposób na zdrowe życie. To nieustanne dbanie o siebie, kondycję zdrowotną, fizyczną i psychiczną. Prawidłowe odżywianie z dużą zawartością witamin i biopierwiastków, systematyczna gimnastyka lub korzystanie z siłowni i zajęć sportowo rekreacyjnych, relaks na świeżym powietrzu, rozsądne korzystanie z dobroczynnego działania słońca oraz dbanie o własne potrzeby emocjonalne i intelektualne.

AP: Serdecznie dziękuję za rozmowę."


Agnieszka Przetak


sobota, 27 kwietnia 2013

Leczenie RZS i innych chorób dietą - wywiad z dr Edytą Biernat-Kałużą

Jest reumatologiem, ale rozszerzyła swoją działalność o tzw. medycynę żywienia, czyli poza leczeniem farmakologicznym prowadzi leczenie dietetyczne z bardzo dobrymi efektami dla pacjentów. Jest zwolenniczką diety opartej na roślinach, czyli diety wegańskiej. W leczeniu stosuje również dietę warzywno-owocową opracowana przez dr Ewę Dąbrowską. Rezultat takiej terapii jest jeszcze efektywniejszy. Organizm na tej niskokalorycznej diecie zaczyna trawić sam siebie , w pierwszej kolejności spala niepotrzebne tkanki, blaszki miażdżycowe, tłuszcz, cholesterol, kwas moczowy,wytłumia również układ immunologiczny.

Wiedza ta została zweryfikowana w Stanach Zjednoczonych podczas międzynarodowych kongresów reumatologicznych.Na jednym z wykładów poświęconemu niefarmakologicznym metodom leczenia  chorób reumatologicznych, zadała pytanie prowadzącej pani profesor Kolasińskiej, jakie są w Stanach doświadczenia z dietami niskokalorycznymi. Usłyszała odpowiedź , że diety niskokaloryczne wytłumiają układ immunologiczny.

Podobne doniesienia są ze Skandynawii z Carolinska Institute , gdzie są publikacje w piśmiennictwie międzynarodowym, że dieta np. wegańska  niskotłuszczowa wytłumia proces reumatoidalnego zapalenia stawów, a poprawa jest związana z redukcją przeciwciał przeciwko antygenom żywieniowym (czyli nietolerancje pokarmowe) i dlatego stara się ustawić dietę dla każdego pacjenta.

Dr Biernat mówi, że dieta wegańska czyli warzywa, owoce, kasze i rośliny strączkowe dostarcza wszystkich składników pokarmowych oprócz wit B12, którą trzeba uzupełniać. W związku z pandemią  na całym świecie braku witaminy D , powinny uzupełniać niedobory również tej witaminy.

Taka dieta na 6 tygodni jest bezpieczna, mówi dr Biernat. Aby ustalić dietę wegańską czy nawet witariańską trzeba skonsultować się z doświadczonym dietetykiem, który zna takie diety.

W najnowszych badaniach przeprowadzonych w Centrum Zdrowia Dziecka wykazano, że współczesna dieta Polaków i dzieci prowadzi do miażdżycy ze względu na spożycie zbyt tłustego mleka. Dlatego zaleca poszukiwanie wapnia ze źródeł roślinnych np wszystkie kapusty plus kalafior, brokuł, brukselka, sezam, mak. Figi mają dobry stosunek wapnia do fosforu. A także orzechy i migdały. Dziennie wystarcza zjadać 1/4 szklanki orzechów , najlepiej każdego dnia innego gatunku, ponieważ orzechy są bardzo alergenne.

Zbyt duże spożycie nabiału i mleka może prowadzić do tzw. kwasicy metabolicznej, która doprowadza do wypłukiwania wapnia z organizmu. Przy zmianie diety ku warzywno-owocowej następuje poprawa gęstości kości.

Mówi również o nietolerancji pokarmowej na mleko.
Spożywanie dużych ilości mięsa zwłaszcza czerwonego prowadzi do wielu chorób cywilizacyjnych.
Dwóch głównych zabójców to choroby krążenia - zawały udary, oraz choroby nowotworowe.
Największa instytucja badań nad rakiem - World Cancer Research Fund wykazała, że spożywanie mięsa czerwonego prowadzi do nowotworów jelita grubego. Są nowotwory dietozależne np rak sutka u kobiet u mężczyzn rak prostaty.
Co do chorób krążenia - przełomem stała się  publikacja dr Dean Ornisha z Harwardu w czasopiśmie medycznym Lancet dotycząca efektu rocznej pracy nad badaniem diety u pacjentów z zaawansowaną chorobą wieńcową. Okazało się, że zalecana przez Harward piramida żywienia,  dała postęp choroby czyli pogorszenie , nawet o 186% dusznicy bolesnej . Natomiast dieta roślinna spowodowała obniżenie cholesterolu i nawet na 3 lata nie było potrzeby stosowania takich procedur jak bypasy czy angioplastyka.

W mediach amerykańskich było pytanie czy dieta dr Ornisha stanowi przełom w medycynie? Przez 20 lat badano jaki jest wpływ diety bazującej na roślinach, W rezultacie Departament Zdrowia Stanów Zjednoczonych w grudniu 2010r uznał metodę bazującą na roślinach jako porównywalną do bypassów, do angioplastyki i wszczepiania stentów. Od tego czasu firmy ubezpieczeniowe finansują leczenie dietą roślinną. Ta wiedza powoli będzie do nas docierała.Warto więc już skorzystać z tego co tu przekazujemy, że im bardziej prowadzimy dietę opartą na roślinach tym będziemy zdrowsi.

Dieta wegańska oparta na roślinach najprawdopodobniej da zmniejszenie rozwoju takiej choroby, która jest bardzo popularna czyli reumatoidalnego zapalenia stawów. Ostatnie badania pokazują , że na 10 lat przed wystąpieniem reumatoidalnego zapalenia stawów , mamy bardzo wysokie  stężenia cholesterolu i jest duża zależność między tym co się dzieje z cholesterolem a rozwojem procesu reumatoidalnego.

Podsumowując:

  • musimy nauczyć się wypijać duże ilości wody najlepiej z cytryną, która daje odczyn zasadowy w organizmie.
  • spożywamy dużą ilość warzyw i owoców przy każdym posiłku, każda porcja ok 80 g
  • spożywamy dużą ilość kasz i produktów pełnoziarnistych najlepiej bezglutenowych a gluten jest w takich zbożach jak pszenica, żyto, jęczmień i owies ( w/g badań amerykańskich co 4 osoba na świecie ma nietolerancję glutenu) dlatego jadamy takie produkty jak kasza jaglana , którą produkuje się z prosa, kasza gryczana, ryż niełuskany, kukurydza w kolbach,
  • źródłem białka mają być rośliny strączkowe - groch, fasola, soczewica, ciecierzyca
  • unikamy olejów nawet oliwy z powodu tego, że u niektórych pacjentów bardzo rośnie cholesterol
  • ziarna i orzechy około garści.


Nie jemy tyle ile potrzebujemy, jemy za dużo i z otyłością są związane również choroby metaboliczne , układu krążenia, cukrzyca, dna moczanowa, choroby dotyczące narządu ruchu, choroby nowotworowe.

Popularne diety białkowe np dieta Dukana owszem odchudzają , ale jest określona jako zawał na talerzu.

Natomiast proponowana dieta warzywno-owocowa - leczy i odchudza.

Dr Biernat sama od 19 roku życia choruje na tzw reaktywne zapalenie stawów i 15 lat na stwardnienie rozsiane i ma duże doświadczenie bycie także pacjentem , nie tylko lekarzem. Przed 3 laty miała bardzo ciężki rzut zapalenia stawów w przebiegu jej choroby reumatologicznej. Musiała zastosować sterydy i chemioterapię, nie mogła wziąć leczenia biologicznego ponieważ głównym przeciwwskazaniem było stwardnienie rozsiane. Poruszała się z trudem o kulach. Mąż ją woził po domu na foteliku na kółkach. Miała poczucie że leczenie farmakologiczne plus codzienne kroplówki, zastrzyki przez wiele miesięcy nie dawały poprawy. Wreszcie zdecydowała się pojechać na dietę warzywno-owocową dr Dąbrowskiej do ośrodka. Odstawiła tam leki, schudła wiele kilogramów, układ immunologiczny się wytłumił  i od tamtej pory jak to nazywa, od uzdrowienia , prowadzi leczenie pacjentów z bardzo dobrymi efektami.
Jej współpracownikiem jest Małgorzata Desmond, która ukończyła studia Medycyna Żywienia w Anglii.
Obecnie dr Biernat jest bez leków i porusza się swobodnie.

                                                          Tu jest film i reszta informacji:

Dieta w chorobach - wywiad z dr n med Edyta Biernat Kałuża















piątek, 5 kwietnia 2013

Jedzenie ma znaczenie - Bill Clinton uratował życie dzięki programowi dra Deana Ornisha


Bill Clinton przeszedł na VEGANIZM!
Następny dowód dla niedowiarków na to , że jedzenie ma znaczenie! Może powodować choroby , ale również może leczyć , wszystko zależy od tego co jesz i ile jesz i czego nie jesz ;)
Zobaczcie jak historia się powtarza - prawie w każdej z chorób cywilizacyjnych, leczenie jest takie samo -  czy to choroby serca czy RZS czy rak.
Są, jak widać, mądrzy lekarze - słuchajmy więc ich . Umiejmy oddzielić ziarno od plew.

Bill Clinton miał zaawansowaną miażdżycę, wstawiono mu stent, który znowu zaczął mu zarastać blaszką miażdżycową. Nie chciał przechodzić zabiegu ponownie i ponownie i zaczął szukać innych metod zapobiegania miażdżycy.
Dzięki programowi odwracania miażdżycy dra Deana Ornisha,  przeszedł na dietę całkowicie roślinną, bez mięsa. Je fasolę i inne rośliny strączkowe, warzywa ,owoce. Nie je również nabiału - pije mleko migdałowe. Zabronione jest spożywanie rafinowanych olejów - oleju ze słonecznika,sojowy z kukurydzy, oliwę z oliwek.
Schudł 12 kilo i wrócił do figury jaką miał na studiach. Ale nie zrobił tego dla schudnięcia ale dla zdrowia. Po przejściu na zaleconą dietę organizm zaczął się sam leczyć ; blaszka miażdżycowa i złogi wapnia w tętnicach zaczęły znikać.
Dr Caldwell Esselstyn także  nie ma wątpliwości, że nikt nie musi chorować na chorobę niedokrwienną serca, a jeśli już na nią choruje jego stan nie musi się pogarszać. Wystarczy odejść od pokarmów, które niszczą wnętrze naszych tętnic - tak niezwykły jest potencjał naszego organizmu do samoleczenia.
Dr. Esselstyn przyznaje również , że to  lekarze za bardzo kładą nacisk na środki farmakologiczne(!), zabiegi i operacje, które są tak naprawdę tylko leczeniem objawów a nie przyczyn choroby.
Ma także nadzieję, że za dobrym przykładem Billa Clintona pójdą inni ludzie wykazano bowiem , że prawie 82% osób, które zdecydowało się na takie zmiany było w stanie cofnąć niedokrwienną chorobę serca. Bez tego bowiem problem będzie wciąż wracał. Operacja bypassowa nie rozwiązuje problemu.
Dr Esselstyn kładzie też nacisk na zapobieganie chorobom serca poprzez stosowanie diety nawet przez dzieci w szkole. Nie czekajmy aż choroba się pojawi. Musimy zacząć już od dzieci i młodzieży u której już pojawia się blaszka cholesterolowa.
Dr Ornish mówi, że należy wprowadzić kompleksowe zmiany w żywieniu - jak pokazały badania, jeżeli chce się odwrócić chorobę serca, miażdżycę, odwrócić cukrzycę i nadciśnienie,  a nawet zatrzymać progresję nowotworów !. Najważniejsze jest to co wprowadzimy do diety , najważniejsze są warzywa i owoce, w których zawarte są setki tysięcy substancji, które mają działania ochronne. Niezbędne są także oleje rybie zwłaszcza kwasy tłuszczowe Omega3.
Najważniejszym przesłaniem, mówi Dr.Ornish, jest to, że jedząc nieprzetworzone produkty roślinne, unikając produktów przetworzonych, unikając nabiału i wszystkiego na naszym talerzu co ma matkę i twarz - czyli mięsa, ryb i drobiu, nasz organizm może się zregenerować w stopniu wręcz niewiarygodnym! Mozg dostaje więcej tlenu myślisz jaśniej, masz więcej energii. Skóra jest w lepszym stanie, czujesz się lepiej , zmienia się motywacja ze strachu przed śmiercią do radości życia.
Najciekawsze jest również to, że amerykański system ubezpieczeń zdrowotnych płaci za zastosowanie tego programu u chorych.! 
A nasz ZUS ? kiedy się obudzi ? , kiedy będzie płacił za sposób leczenia, które my sami chcemy wybrać dla siebie?







poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Czyni prawdziwe cuda - lekarka n.t. leczenia dietą dr Dąbrowskiej

Wciąż znajduję potwierdzenia tego, że jedzenie ma kolosalne znaczenie przy leczeniu chorób. Zwłaszcza cenne są te historie, które powiązane są z osobistym uczestnictwem lekarza w roli pacjenta. W tym przypadku  66 letnia kobieta - lekarka po zastosowaniu diety dr Dąbrowskiej wyleczyła m.in. kolagenozę, do której należy również RZS.. Pełna zachwytu poleca kurację całej swojej rodzinie lekarsko-prawniczej i znajomym, którzy również ufając zaleconej terapii, stosują dietę dr Dąbrowskiej.
Jak długo jeszcze inni lekarze będą  leczyć ludzi z zamkniętymi oczami?

Władysława Jarska - lekarka

Dzięki dietom wiele osób odzyskało zdrowie, młodość, szczupłą sylwetkę, odnowiło ciało i ducha. Są one najlepszym przykładem, że dieta, nazywana przez dr Dąbrowską postem, czyni prawdziwe cuda.
Jestem 66-letnią kobietą, z zawodu lekarzem. Z dietą warzywno-owocową zapoznałam się przed kilkunastu laty dzięki audycjom radiowym, wygłaszanym przez dr Ewę Dąbrowską. Usłyszane wiadomości uznałam za bardzo wartościowe, więc nagrywałam je na taśmy magnetofonowe, aby móc dzielić się nimi z innymi. Po zakończeniu audycji radiowych dr Ewa Dąbrowska przysłała mi swoją pierwszą książkę pt. „Przywracać zdrowie żywieniem”. Dietę, z którą się zapoznałam, pragnęłam zastosować u siebie, ale ważąc 46 kg przy wzroście 165 cm, nie byłam pewna, czy jestem w grupie osób, które mogą ją zastosować.
Długo nie mogłam skonsultować tego z dr Dąbrowską. W tym czasie, w maju 1999 r., ujawniła się moja kolagenoza . (Do kolagenoz zalicza się również reumatoidalne zapalenie stawówZostałam przyjęta do szpitala na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej. Bardzo cierpiałam, także po wyjściu ze szpitala.
4 lipca tego roku udało mi się skonsultować telefonicznie z dr Dąbrowską, która zezwoliła na zastosowanie diety warzywno-owocowej. Już po kilku dniach ustąpiły bóle. Stosowałam dietę 10 dni, straciłam na wadze 2 kg i przeszłam na dietę pełnowartościową.
Mój przykład powrotu do zdrowia był tak zaraźliwy, że nie tylko ja, ale i cała moja rodzina (lekarsko-prawnicza) oraz wielu naszych znajomych zaczęło uczestniczyć w turnusach z dietą warzywno-owocową. Osobiście wzięłam w nich udział kilkanaście razy, zawsze korzystając z prelekcji wygłaszanych przez dr Dąbrowską na każdym turnusie.
Wiele razy konsultowałam się z dr Dąbrowską bezpośrednio w czasie pobytu na turnusie i telefonicznie z domu, kiedy pojawiały się u mnie nowe problemy zdrowotne.
Przed pięcioma laty ujawniła się u mnie genetycznie uwarunkowana i potwierdzona badaniami w Klinice Hematologicznej w Katowicach czerwienica. Przebieg tej choroby jest bardzo wyniszczający organizm i nieleczony prowadzi szybko do śmierci. Leczenie wymaga chemioterapii. Ważyłam wtedy 39 kg. W tej sytuacji zarówno dr Dąbrowska, jak i ekspert od żywienia w czasie stosowania chemioterapii uważali, że było to przeciwwskazanie do stosowania diety warzywno-owocowej. Dr Dąbrowska zaproponowała mi dietę dr Budwig, którą stosuję od dwóch lat. Przytyłam do 44 kg i czuję się znacznie lepiej. Kontrolne badania hematologiczne pozwoliły na odstawienie chemii na okres 2-3 miesięcy, a przy ponownym powrocie - na zmniejszenie dawki chemioterapii. Parametry krwi obecnie są prawidłowe, a przed stosowaniem diety dr Budwig, mimo stosowania pełnych dawek leku, nigdy nie były w normie. Trzykrotnie wyniki były tak złe, że zagrażały życiu i musiano dodatkowo zastosować upusty krwi, które bardzo mnie osłabiały.
Nadto od 4 lat stosuję dietę bezglutenową, z którą zapoznała mnie dr Helena Skarbek w czasie pobytu na turnusie rehabilitacyjnym. Były to najnowsze wyniki badań, które dawały podstawę do stwierdzenia, że ten typ kolagenozy, na którą choruję, jest uzależniony od nietolerancji glutenu. Stosując tę dietę, zauważyłam znaczną poprawę kliniczną. Pierwszy test na nietolerancję pokarmową miałam wykonany 3 lata temu. Badanie to potwierdziło nietolerancję na gluten i jeszcze na 23 inne pokarmy. Wykluczenie ich z mojej diety zaowocowało ustępowaniem nietolerancji pokarmowych, co potwierdziły kolejne testy.
Pobyty na turnusach warzywno-owocowych, oprócz poprawy zdrowia, spowodowały nawiązanie trwałych przyjaźni z bardzo ciekawymi i wartościowymi ludźmi. Stosowanie żywienia roślinnego, podobnie jak w świecie zwierząt, wycisza złe instynkty, agresję, czyli łagodzi obyczaje.
Przykład poprawy mojego zdrowia stał się zachętą dla licznych znajomych do udziału w turnusach ze zdrowym żywieniem. Zakupiłam kilkadziesiąt książek dr Dąbrowskiej, które rozdałam w najbliższej rodzinie i pośród moich znajomych. W licznych kontaktach towarzyskich i zawodowych chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem na temat zasad zdrowego żywienia.

Żródło: TU

czwartek, 28 marca 2013

Jeżeli nic nie zmienimy - to nic się nie zmieni. Podsumowanie diety dr Dąbrowskiej

Czy ta dieta działa?
TAK!  TAK! TAK!  Dieta dr Dąbrowskiej DZIAŁA!!!! . U każdego będzie pewnie działać inaczej. Każdy z nas jest inny i inaczej reaguje. Jedna osoba ma tylko sztywność poranną, pobolewania -  z tym dieta prawdopodobnie da sobie radę w 100%. U innej osoby są już zmiany kostne, tu być może trzeba będzie zastosować nawet serię np. głodówek. U kogoś innego już samo pozbycie się bólu dzięki diecie wiele zmieni na dobre. U jednego więcej u innego mniej.
Każdy musiałby ją sam na sobie przetestować, bo naprawdę warto chociażby spróbować , na ile może ona pomóc w konkretnym przypadku.  Nic to nie kosztuje a efekty mogą być zaskakujące.

Jeżeli   n i c   nie zmienimy - to   nic się  n i e  zmieni.

Jednym słowem jeżeli oczekujemy jakichś zmian na lepsze  to - musimy  - zacząć -   coś  -  robić.

Spośród terapii, które znalazłam w internecie, ja wybrałam właśnie dietę dr Dąbrowskiej, bo wydawała mi się najmniej uciążliwa do zastosowania. Dieta leczy mnóstwo chorób, ale wymaga ciągłej pracy nad sobą, nie jest to łatwe i nie każdego stać na taką pracę.

Czytając książeczkę dr Dąbrowskiej byłam w euforii, czułam, że odkrywam lek na wszystkie choroby a zwłaszcza na RSZ, byłam pewna, że oto znalazłam cudowny lek, który za chwilę sprawdzę na sobie, wyzdrowieję i będę przykładem dla innych.
Tak do końca się nie stało, bo nadgarstek dalej nie wygląda na zdrowy, nie było spektakularnego wyleczenia, nie było cudu. Ale pomimo to wciąż dziękuję  Bogu za to, że pozwolił mi znaleźć w internecie informacje o diecie dr Dąbrowskiej i o innych tego typu terapiach np: dr Hankiewicz, terapii Gersona, dr Budwig, diecie Alleluja, dr Biernat-Kałuży, głodówce i lewatywie i wiele innych, o których z czasem będę pisać na tym blogu.

Wszystkie te terapie działają podobnie - wspomagają własne siły organizmu do walki z chorobą, nie powodują zatruwania organizmu (tak jak leki) oczyszczają organizm nie zatruwając go ponownie,     l e c z ą    a nie powodują kamuflowania objawów.

Moi znajomi widzą tylko mój pogrubiony nadgarstek. No niestety, nie stał się cud.
Ale przepraszam - jakie cuda  może mi zaoferować medycyna? Łykanie trujących tabletek, które są używane również na raka tylko w większym stężeniu? Leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, które już mi wypaliły jedną dziurę w żołądku? Sterydy rujnujące cały organizm? Operację, która wcale nie wyleczy mi nadgarstka tylko go unieruchomi , tak tak , oferowano mi operację, która unieruchomi nadgarstek. Spytałam Pana Chirurga to po jakiego grzyba mam się poddać tej operacji? On powiedział, że po to żeby nie bolało, a nadgarstek i tak by się z czasem usztywnił i bez operacji.
To, kurczę blade, skoro mnie nie boli (bo stosuję dietę) i skoro nadgarstek i tak mi się usztywni , to po co operacja? Więc na razie z operacji zrezygnowałam. Tak na 100% to nie jestem pewna czy dobrze robię , ale zobaczymy jak sytuacja się będzie rozwijać. Na razie działam z dietą.

Tylko ja wiem, ile mi ta dieta pomaga, cały czas mam świadomość tego, że gdyby nie ta kuracja może byłabym już na wózku, ale mojej rodzinie zdaje się, że przesadzam. Oni nawet nie wiedzą jak mnie bolało, jak nie mogłam z bólu spać przez całą noc, jakie miałam problemy żeby zmienić pozycję w łóżku -  a to były tylko niewielkie objawy RZS, inni mają po stokroć gorzej.
Piszę właśnie post, a mój mąż mówi:
- No i po co tak piszesz ?  komu to pomoże ?  przecież ciągle jesteś na tej diecie i nie masz na niej     ż a d n y c h  sukcesów.
A ja mu na to:
- A to, że mnie nie boli, pomimo nie brania leków przeciw bólowych,  to nie jest sukces?
- A to, że choroba nie postępuje,  gdy jestem na diecie , to nie jest sukces?
- A to, że nie dopuszczam do tego, żeby choroba zawładnęła moim ciałem na tyle, żeby rodzina musiała się mną zajmować, to nie sukces?
Właśnie to wszystko jest sukcesem.
Chciałabym czasami nie stosować diety, żeby pokazać moim znajomym i rodzinie, do czego może doprowadzić nie stosowanie diety. Ale szkoda mi samej siebie, bo wiem, że zmiany mogłyby być już nieodwracalne. Rodzina moja, oprócz siostry i córki, która jest pielęgniarką, nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką okropną chorobą jest RZS. Oni myślą, że to w jakim jestem dobrym stanie to jest normalne.

Mam przykłady wokół siebie jakie spustoszenie, pomimo brania leków, czyni ta choroba. Mojej koleżanki mama po kilkudziesięciu latach choroby i bólu, modli się o śmierć. Leży w łóżku powalona przez chorobę, od kilku lat zdana całkowicie na opiekę męża. Choroba praktycznie zjadła jej stawy. W szpitalu leżała pacjentka w moim wieku zwinięta z bólu w kłębek ale podjadająca czekoladki, które na osłodę przyniosła jej rodzina. Gdyby uwierzyła, że z każdą czekoladką powoduje większy ból to pewnie wszystkie wyrzuciłaby do kosza. Nie miała większych zmian, wystarczyłoby dwa tygodnie diety i zapanowałaby nad bólem.
Ja przy tych osobach czuję się zdrowa jak ryba!.
Chociaż nie jest łatwo, nie ma czarodziejskiej różdżki, która wyeliminowałaby chorobę na stałe. Trzeba wciąż od nowa wracać na dobre tory po grzeszkach kulinarnych ;)  Wiadomo nikt święty nie jest i każdy lubi zjeść sobie coś niedozwolonego, ale zawsze wiem, że powrót na dietę spowoduje cofnięcie się niepożądanych objawów o ile nie pozwolę aby zaszły za daleko. Dlatego bardzo pilnie obserwuję swój organizm i natychmiast reaguję gdy zaczyna dziać się coś niepokojącego.
Stosuję też czasami głodówki i zamierzam spróbować diety witariańskiej, ale o tym napiszę kiedy indziej.

Czy jestem przeciwko lekom i lekarzom ?
Nie, nie jestem. Uważam, że w ostrych przypadkach chorobowych i wypadkach -  leki i lekarze ratują życie i są niezastąpieni.
Ale z chorobami przewlekłymi nie radzą sobie dobrze.
Uważam też, że pacjent powinien mieć opcję wyboru między leczeniem dłuższym, mniej wygodnym, wymagającym wysiłku ze strony pacjenta, ale nieinwazyjnym, a leczeniem wygodnym, za pomocą chemii, bez wysiłku, ale szkodliwym dla zdrowia.
To ja chcę podejmować decyzję. Lekarze nie dają takiego wyboru.

cd:
http://ulecz-sie-sam.blogspot.com/2013/07/lekarze-ktorzy-lecza.html

niedziela, 24 marca 2013

Historia mojej choroby c.d.

I tak brałam sobie Metotrexat, choroba cały czas pomalutku postępowała, a nadgarstek dalej bolał, stawał się coraz grubszy. Stan zapalny powodował, że narastała coraz grubsza warstwa zapalna błony maziowej. Po za tym cały czas był bolesny i musiałam dodatkowo smarować go maściami  przeciwzapalnymi, to samo było ze stawem dużego palca u nogi. Tabletek przeciwzapalnych (Niesterydowych Leków Przeciw Zapalnych - NLPZ) nie mogłam brać z powodu wcześniejszej operacji żołądka. Inne stawy też bolały, puchły.
Pani Doktor Reumatolog stwierdziła, że leki już nie pomogą ani nie zatrzymają degeneracji stawu i skierowała mnie na operację nadgarstka, który stawał się coraz bardziej nieruchomy.
Wiedziałam, że trzeba będzie trochę poczekać. Udałam się do szpitala ustalić termin operacji. Czekałam dwie czy trzy godziny, aż Pan Ordynator biegający od gabinetu do gabinetu przyjmie w międzyczasie pacjentów.
W końcu moja kolej...Weszłam do gabinetu, gdzie siedziały jeszcze dwie sekretarki. Podałam skierowanie.
Ordynator obejrzał mój obolały nadgarstek. Zgiął go ile się dało w jedną i drugą stronę , sssssyknęłam z bólu...
Rozmowa była krótka.
Operacja za rok. !!!! 
Po konsultacji z drugim chirurgiem - prawdopodobnie trzeba będzie usztywnić staw. :(
Zaniemówiłam...
- Jak to...  moja choroba tak szybko postępuje, że za rok to mój nadgarstek nie będzie do niczego się już nadawał, pan Doktor chyba nie wie co to za choroba ... .b a r d z o   proszę aby pan Doktor się jeszcze chwilę zastanowił....
Ale Pan Doktor Ordynator popędził już w kierunku korytarza do drugiego gabinetu , czy na jakieś konsultacje.
Poczekałam jeszcze parę minut łudząc się, że za chwilę wróci ale niestety. Pomarudziłam trochę sekretarkom próbując je przekonać, że taki termin to za długo , ale nic nie wskórałam. :((
Byłam w szoku jak traktuje się pacjenta w szpitalu. Nie poświęcono mi nawet 5 minut. Nie wytłumaczono dlaczego mam tak długo czekać ani jakie będą konsekwencje takiego długiego terminu operacji. Zostałam potraktowana jak .... nawet nie potrafię określić jak kto. Czułam się jak skazaniec w sądzie, bez możliwości wypowiedzenia swojego zdania.
Zdesperowana poszłam do innego chirurga, prywatnie. Zapłaciłam również za zdjęcie rentgenowskie obydwóch nadgarstków, którego do tej pory 9po ponad pól roku leczenia) nikt mi jeszcze nie zlecił ( na kasę chorych) :((
Niezbyt miły (nawet za pieniądze) Pan Chirurg wszystko mi pięknie wytłumaczył a nawet narysował flamastrem na nadgarstku.
- A ile Panie Doktorze to będzie kosztowało???
- 3 tys. zł. Za tydzień operacja.
Fiu, fiu , ale na tyle to mnie nie stać.
I na tym skończyło się prywatne leczenie....
Panika , łzy w  oczach... znajomi pocieszali, nawet chcieli jakieś składki robić. Ale nie chciałam się na to zgodzić.
Pomału dotarło do mnie, że muszę jakoś dotrwać do tej operacji i muszę zrobić wszystko, co mogę aby dotrwać w jak najlepszym stanie.
Miałam iść po silniejsze leki do mojej Pani Reumatolog, ból był stały i upierdliwy.
Ale najpierw....
postanowiłam wcielić w życie to co do tej pory się dowiedziałam o leczeniu niekonwencjonalnym.
Do głodówki w tym czasie jeszcze nie "dorosłam".
Postawiłam więc na dietę dr Dąbrowskiej.

Dietę rozpoczęłam 1.02.2011 roku.

Dr Dąbrowska zaleca zrezygnowanie z tabletek pod kontrolą lekarza. Ja niestety byłam zdana sama na siebie i tabletki łykałam dalej.
Moja waga wtedy wynosiła 69,8 kg przy wzroście 170 cm. Hm... trochę przytyłam. Normalna moja waga zawsze wahała się ok. 58 kg.
Pierwszy i drugi dzień upłynął pod kątem bólu głowy.
Po tygodniu schudłam ok 2 kg. po dwóch 3 kg. Cały czas obserwowałam swój organizm. Chciałam, żeby    c o ś  zaczęło się dziać. Ale nauczyłam się cierpliwości, ta choroba uczy cierpliwości - na działanie Metotrexatu też trzeba było poczekać dwa miesiące.

Po drugim tygodniu zdałam sobie sprawę, że  j e s t    l e p i e j :) - tak ogólnie.

Z dnia na dzień tych zmian nie dawało się zauważyć -  były tak niewielkie, ale po 2-ch tygodniach już dało się odczuć zauważalną zmianę.

Zmniejszyła się sztywność poranna, pomału przestawałam "chodzić po ścianach" zwłaszcza rano do WC.
Szybciej zwlekałam się z łóżka, mniej bolały kolana, lepiej było z kręgosłupem, szybciej wchodziłam po schodach. Moja rodzina nawet nie wiedziała, że mam takie problemy. Tego na zewnątrz tak nie widać. Dla nich moja choroba to był mój chory nadgarstek i to wszystko.
Na diecie wytrwałam całe 6 tygodni. Pod koniec było trudno, czułam się słaba, głodu nie czułam ale ciągle coś podjadałam.
Schudłam do 61,1 kg,  razem spadło 8,7 kg.

Efekty diety po 6 tygodniach:

  1. Nadgarstek - przestałam smarować maściami przeciwzapalnymi - przestał mnie boleć w stanie spoczynku, podczas zginania też mniej boli, przedtem miałam uczucie jakbym założyła strasznie ciasną rękawiczkę teraz czuję większy luz w stawie, jest mniej spuchnięty
  2. Sztywność poranna ustąpiła prawie całkowicie - kilkanaście minut utrzymuje się tylko w prawej dłoni,
  3. Prawie całkiem zmniejszył się ból szyi i prawie całkiem zmniejszyło się chrzęszczenie ścięgien podczas obracania  i schylania głowy,
  4. Przestało całkowicie boleć prawe kolano, nie jest już gorące, zmniejszył się mały obrzęk, mogę normalnie chodzić , pozostała mała torbiel Bakera, praktycznie z tyłu kolano jest trochę wybrzuszone, ale nie boli,
  5. Zmniejszyła się o 80% narośl (chrzęstna?) w wewnętrznej części lewego nadgarstka,
  6. Ustąpiła słabość podczas wchodzenia po schodach - przedtem nogi uginały się pode  mną, nie miałam siły,
  7. Całkowicie ustąpiła sztywność i bolesność karku i ramion,
  8. Przestało boleć biodro.
  9. Przestał mnie boleć kręgosłup. Przedtem kładłam się z bólem kręgosłupa i z bólem wstawałam. Podczas zamiatania podłogi i mycia głowy drętwiała mi część lędźwiowa i musiałam co chwila odpoczywać,
  10. Ustąpiły całkowicie fale gorąca związane z menopauzą
  11. Zmniejszyło się swędzenie głowy i czoła.
Oprócz wymienionych wyżej  korzyści pojawiły się dodatkowe bonusy takie jak: 
- znowu mogłam umyć zęby prawą ręką, 
- mogłam nacisnąć klamkę prawą ręką, 
- mogłam przykryć się kołdrą prawą ręką, 
- łatwiej mi było ubrać czy rozebrać sweter
- mogłam obrać ziemniaki,
- pokroić chleb
- zamiatać podłogę,
- kosić trawę,
-  i mnóstwo takich małych codziennych czynności , które przedtem były niemożliwe do zrobienia ze względu na ból nadgarstka, i które wymagały pomocy rodziny. Na co dzień nawet nie zwracasz uwagi, że takie czynności istnieją.
Bardzo się bałam, że choroba zaatakuje mi drugą rękę i tym samym pozbawi mnie całkowicie samodzielności i tak już częściowo odebranej przez niesprawność prawego nadgarstka.

Byłam zachwycona wynikami :) Nie stosowałam żadnych leków przeciw bólowych przestałam stosować maści przeciw zapalne na nadgarstek.
Ustąpiły prawie wszystkie objawy. Przestały pojawiać się nowe. Piszę prawie, bo nie zniknęło całkowicie zgrubienie nadgarstka. No i trochę bolało przy zginaniu, ale o wiele mniej.
Niestety spodziewałam się cudu, czyli całkowitego ozdrowienia. Myślałam, że po diecie wszystko wróci do stanu sprzed choroby. Że będę normalnie zginać nadgarstek. A tu lekkie rozczarowanie.
.
Ale teraz już wiem, że zmiany poszły już za daleko, żeby liczyć na to, że jedna 6 tygodniowa dieta poradzi sobie z tak mocno zmienioną już tkanką.
Dr Dąbrowska pisze, że w ciężkich chorobach a do takich zalicza się RZS dietę należy powtarzać dwa razy do roku a w historii choroby jednej z pacjentek przeczytałam tu , że  " w czasie pół roku przeprowadziła 4 sześciotygodniowe kuracje dietą z przerwą 3 tygodniową po każdej kuracji."
Tombak w swoich książkach też pisze o tym, że oczyszczania trzeba powtarzać aż do pełnego wyzdrowienia, a później systematycznie je stosować.

Po przemyśleniu całej sytuacji stwierdziłam, że:
-  jestem całkiem zadowolona z wyniku zastosowania diety
-  będę znowu przeprowadzać kurację, żeby poprawić kondycję nadgarstka i nie dopuścić do dalszych   zmian.

Po diecie przeszłam na zdrowe odżywianie. Pomału zaczęłam wprowadzać inne produkty: kasze, chleb, ziemniaki, tłuszcze. W końcu zaczęłam jeść normalnie.

Po ok. 1,5 miesiąca zaczęły pojawiać się znowu objawy choroby. Po 2-ch miesiącach zaczęłam  znowu dietę. Tym razem tylko 6 dni. Starczyło na 40 dni bez diety.
Potem znowu dieta 5,5 tygodnia. Starczyło na 60 dni bez diety.
Zaznaczam , że nie stosowałam tzw. "przypominajek" tzn. raz w tygodniu jeden dzień diety lub tydzień diety raz w miesiącu dla podtrzymania efektów. Gdybym stosowała "przypominajki" prawdopodobnie mogłabym wytrzymać dłużej bez dłuższej diety.

Summa summarum:
- gdybym mogła cofnąć czas i znalazłabym się na początku mojej choroby jeszcze zanim spowodowała zmiany w nadgarstku, zastosowałabym natychmiast dietę dr Dąbrowskiej lub głodówkę i zmianę odżywiania.
- radzę każdemu, u kogo dopiero zaczęły się jakiekolwiek zmiany czy ból, przejście na dietę dr Dąbrowskiej.

Dieta działa przeciwbólowo i przeciw zapalnie.
Mama kolegi mojej córki też choruje na RZS i nie funkcjonuje bez  plastrów przeciw bólowych, takich co się stosuje przy bólach rakowych. Ostatnio okazało się , że miała napad takich bóli - pomimo plastrów, że zabrało ją z domu pogotowie zwiniętą w kłębek.
Gdy wróciła do domu pożyczyłyśmy jej do przeczytania książeczkę dr Dąbrowskskiej. Zastosowała dietę. I była szczęśliwa, przestała używać plastry przeciw bólowe.!


W międzyczasie dowiedziałam się,  że na RZS może wpływać również mleko i nabiał a także jajka. Dlatego od 25.082011roku przeszłam na dietę WEGAŃSKĄ.

Często grzeszę ;) - jedzeniowo. A te grzeszki powodują nasilenie objawów. Jakieś bóle, kłucia, opuchlizna zawsze ratuje mnie dieta - dieta dr. Dąbrowskiej  jest dla mnie ratunkiem


cd: http://ulecz-sie-sam.blogspot.com/2013/03/jezeli-nic-nie-zmienimy-to-nic-sie-nie.html





piątek, 22 marca 2013

Dr Ewa Hankiewicz - lekarz


Zbawienne oczyszczanie

Śmierć pojawiła się u Ewy miesiąc po porodzie. Stanęła przy łóżku i czekała na jej duszę. Była pewna swego: spowodowała raka macicy i dwa ciężkie krwotoki.
No i proszę, po trzecim dusza Ewy uleciała w górę. Ale medycy łaps duszę za nogi. To śmierć ją za głowę. Tak się szarpali, aż dusza wróciła do ciała. Przy czwartym wylewie krwi lekarze również się uszarpali z kostuchą. Ta pomyślała ze złością: "Jako chcesz tak się wierć, wszędzie cię dosięgnie śmierć. W końcu twoja choroba jest nieuleczalna. Poczekamy." Nie doczekała się śmierć. Ewa Hankiewicz, lekarka, poprosiła w szpitalu o separatkę. W tajemnicy przed całym światem odstawiła leki i jedzenie. Piła tylko własną urynę, którą się również nacierała. Minął tydzień, drugi, wciąż żyła, a nawet nabierała sił. Po 5 tygodniach postu urynowego wstała. Uleczona. Przyglądała się bezradności lekarzy na co dzień. Przed czternastu laty ukończyła lubelską Akademię Medyczną. Zrobiła specjalizację z neurologii. Pracowała w szpitalu, jeździła z pogotowiem. Medycyna konwencjonalna nie umiała wyleczyć wielu schorzeń neurologicznych. Ba nie radziła sobie ze zwykłymi korzonkami. Goryczy dopełniła w Ewie śmierć jej brata. W ciągu dwóch miesięcy zmarł na nierozpoznanego chłonniaka złośliwego. A może zabiła go chemia? Dzisiaj Ewa myśli, że chemia. 
Straciła wiarę w sens medycyny. Chciała nawet zrezygnować z zawodu. Wybrała jednak inną drogę. Zaczęła uczyć się medycyny niekonwencjonalnej na różnych kursach. Wszystkie techniki lecznicze i diety próbowała na sobie. Pewnego dnia zrozumiała, skąd bierze się medyczna bezradność. Lekarze widzą każdy organ osobno i każdy osobno leczą. Ona patrzyła na chore miejsce w zestawieniu z całym organizmem.
Była pierwszą swoją pacjentką - sama sobie uratowała życie mimo dwukrotnej śmierci klinicznej. Od tego czasu doktor Ewa wykorzystuje całą wiedzę medyczną i niekonwencjonalną do diagnozowania i terapii. W lecznictwie tradycyjnym samo gruntowne przebadanie pacjenta bywa drogą krzyżową - długą, męczącą i kosztowną. A mądre urządzenia zawodzą. Ofiarą błędu w badaniu padł ojciec Ewy. W miejscu dwukrotnego operowania przepukliny pojawił się nowotwór o kształcie kalafiora. Córka namówiła ojca na post urynowy. Po siedmiu dniach badania szpitalne nie wykryły śladu guza. Mężczyzna jednak bardziej wierzył "szkiełku i oku" niż córce. Przerwał post. Wkrótce guz przebił się do jamy brzusznej. Ojciec żył jeszcze pół roku. Z pokorą pił urynę, dzięki czemu nie musiał brać morfiny i nie cierpiał.
Badanie pacjentów i diagnoza zabiera Ewie kilkanaście minut. Robi to radiestezyjnie (wahadełkiem) oraz akupresurą (badaniem punktów na stopie). Nie można oddzielić serca od jelit - mawiał profesor Garnuszewski - wybitny specjalista od akupunktury. Ewa Hankiewicz lubi powoływać się na tę myśl. Podczas pierwszej wizyty pacjenta przeprowadza bardzo długi wywiad. Po latach praktyki stwierdziła parę prawidłowości. Na przykład większość pacjentów, bez względu na rodzaj choroby, cierpi na zaparcia. Z kolei astmatycy lubią mleko i jego przetwory. Tymczasem tylko do czwartego roku życia nasz organizm produkuje enzymy umożliwiające trawienie mleka. Potem, połowicznie rozłożone, wędruje z krwią zostawiając w naczyniach wieńcowych rodzaj śluzu, który szkodzi oskrzelom, płucom i sercu. Pewien mężczyzna dostał zawału po 10 latach wypijania 2 litrów mleka dziennie. A jeśli chodzi o raka piersi, Ewa stwierdziła, że wszystkie jej pacjentki z tą przypadłością nosiły staniki z fiszbinami! Metalowe druty zakłócają energię tych delikatnych części ciała.
Najpierw trzeba oczyścić organizm. Dzisiaj przeciętny człowiek ma mało ruchu, kupuje żywność przetworzoną i skażoną chemią, więc nosi w jelitach od 6 do 20 kilogramów kału! W ich poskręcanych załomkach latami odkładają się kamienie kałowe. Potrafią zalegać tam 20, a nawet 30 lat i promieniują na najbliższe narządy toksynami. Są jak bomba jądrowa, wywołująca łańcuch reakcji. Powstaje nawet trupi jad.
Zapomnieliśmy o lewatywach, które do końca dziewiętnastego wieku powszechnie stosowano jako zdrowe czyszczenie jelit. Modne dzisiaj tabletki na przeczyszczenie niszczą wyściółkę jelit, ale nie ruszają kamieni kałowych. Tymczasem nawet Biblia nakazuje, by dynię wydrążoną i napełnioną wodą zawiesić na drzewie, a rurkę bambusową dołączyć... Należy również oczyszczać wątrobę. Medycyna tybetańska uważała ją za królową, która karmi wszystkie narządy puste i pełne. Prawie każdy człowiek, choć o tym nie wie, ma kamienie w drogach żółciowych, a jego wątroba gorzej przez to pracuje. Przynajmniej raz w roku powinno się ten organ wypłukać. Nie jest to przyjemny sposób, ale czego się nie robi dla zdrowia? Kuracja ta trwa miesiąc i polega na wypijaniu określonych ilości oliwy z oliwek oraz świeżego soku cytrynowego, a także okładaniu brzucha ciepłymi kompresami z rycyny. Wątroba podnosi wówczas larum i produkuje ogromne ilości żółci, która usiłuje się przedostać kanałami do żołądka. Ale drogę tamują jej kamienie. W przewodach wytwarza się duże ciśnienie. Sok z cytryny zmiękcza kamienie (wyglądają jak grudki z ciemnozielonego wosku), ciepły kompres rozszerza drogi żółciowe i w końcu żółć przepycha kamienie do jelit, skąd wydostają się na świat. Przez dwa dni człowiek czuje się, jakby mu przejeżdżał po brzuchu walec drogowy, który wyciska wszelkimi otworami całe świństwo z wątroby, jelit i żołądka. Kiedy pacjeny zobaczy, jakie paskudztwo miał w sobie, zaczyna rozumieć, na czym polega zdrowie.
Organizm oczyszczony i wzmocniony sam zaczyna się uzdrawiać.
Pacjenci czasem zgłaszają się z inną chorobą, a leczy się inną. Do gabinetu Ewy w Łomży, wniesiono mężczyznę, który nie chodził. Cierpiał na świąd skóry. Ewa stwierdza zator w tętnicach udowych. Na miejscu kompleksowo stosuje akupresurę, bioterapię i pole elektromagnetyczne. Zadaje "pracę domową" pacjentowi i jego żonie: czyszczenie wątroby, dieta i masaże. Na następną wizytę "w sprawie świądu" pacjent wszedł na trzecie piętro o własnych siłach. Ludzie przychodzą tu zazwyczaj, gdy wszystkie inne metody zawiodą. Kobieta z gośćcem przewlekłym straciła już nadzieję na wyzdrowienie. Po 10 dniowym poście urynowym oraz nacieraniu i okładach moczem zapomniała o chorobie. Podobnie jak stary rolnik z ciężką astmą: po 11 dniach całkowitego postu urynowego zadzwonił, że nie bierze już leków i właśnie robi sianokosy. 
Zgłosiła się raz młoda kobieta z nowotworem piersi. Czekała ją amputacja i chemioterapia. Z wywiadu okazało się, że całe życie cierpiała na zaparcia. Doktor Ewa stwierdziła złogi w drogach żółciowych oraz zmiany w macicy i jajnikach. Zaleciła odtrucie organizmu, zmianę diety, lewatywy, codzienną akupresurę (masaż stóp), okłady z moczu na piersi, okłady na brzuch z rycyny. Następnie zrobiła fantomową, bezkrwawą operację. Półtora miesiąca później guzy piersi zmalały o połowę, a kobieta wyglądała dziesięć lat młodziej i wróciła jej radość życia. Inna młoda kobieta trafiła do Ewy po kilkuletnim, bezskutecznym leczeniu lęków. Strach tak ją paraliżował, że nie ruszała się z domu bez obstawy i telefonu komórkowego. Okazało się, że miała zmiany w nerkach i kręgosłupie. Ewa przeprowadziła zabieg regresingu: w poprzednich wcieleniach kobieta była torturowana, przebita nożem, tonęła, płonęła. Lekarka do swej terapii dołączyła wizualizacje i afirmacje. Polega to na pisaniu codziennie jakichś pokrzepiających zdań. Na przykład: Ja Anna, jestem zdrowa, szczęśliwa i bezpieczna, mam wymarzoną pracę i miłość. Potem 10 razy: Ty Anno, jesteś zdrowa... Wreszcie 10 razy: Ona, Anna, jest zdrowa....
Często uleczeni już pacjenci przynoszą całe zeszyty zapisane różnymi afirmacjami. Do Ewy przyjeżdżają również lekarze. Przywożą pacjentów, którym nie potrafią już pomóc. Niekiedy sami są chorzy. W czasie długiej wizyty Ewa tłumaczy im jak bardzo serce zależy od jelit, i co leki niszczą, zamiast leczyć. Pod koniec spotkania lekarze wykrzykują: I co ja mam teraz zrobić? Przecież ja truję a nie leczę! Ewa uzdrawia przypadki mniej i bardziej zaawansowane. Ale rokowania są tym lepsze, im mniejsza była ingerencja w organizm. Chemia i operacje, nawet biopsja (czyli pobranie wycinka guza do badań) zmniejszają zdolność organizmu do regeneracji. Niedowiarki mówią, że ludzi leczy autosugestia. Jeśli nawet: dlaczego ironicznie mówić o sile, która ratuje życie? Skoro to proste, to czemu lekarze nie potrafią u swoich pacjentów uruchomić takiej siły? Czy szlachetniej jest umrzeć na stole operacyjnym, niż uratować życie autosugestią? Ale siła autosugestii nie wyczerpuje tematu. Dowodzą tego przykłady uzdrawiania zwierząt. Pewien hodowca poprosił Ewę do chorej krowy, której nie goiła się rana po cesarskim cięciu. Lekarka zobaczyła, że zwierzę leży na gumowym materacu i w miejscu napromieniowanym. Wystarczyło przenieść legowisko, materac zamienić na słomę i doładować zwierzę bioenergią. Inną krowę dr Ewa wyleczyła z opuchlizny kończyn. Mając tylko kępkę włosów z jej ogona leczyła zwierzę na odległość wahadłem, tak zwanym dużym Izisem. A pewien sznaucer cierpiący na brucelozę, któremu groziło już uśpienie, wbiegał do niej na 3 piętro, kładł się i leżał spokojnie, póki wahadło kręciło się nad chorym miejscem. Gdy się zatrzymywało, wychodził. Pies żyje do dzisiaj.
Ewa uważa, że jedną z najskuteczniejszych kuracji jest urynoterapia. Mocz wykorzystuje się do picia, okładów i nacierań. Ale po uprzednim poście. Nie należy tego robić samemu i bez konsultacji z Ewą Hankiewicz, która pracuje ze swoim asystentem, Grzegorzem Szymańskim, naturoterapeutą. Oboje wiele wysiłku wkładają w wytłumaczenie ludziom, że mogą się leczyć sami. Skończyła wiele kursów i nabyła wiele umiejętności, dzięki którym może leczyć nie tylko ciało człowieka, ale również jego myśli i otoczenie. Akupunktury uczył ją profesor Garnuszewski, chirurgii fantomowej - Nora Nix. Stosuje hipnozę, radiestezję medyczną, laseroterapię, ziołolecznictwo, homeopatię, olejoterapię, akupresurę, bioterapię, chromoterapię (leczenie kolorami). Włącza również inne, subtelniejsze metody. Na przykład wiedzę o feng shui i kwiatach. Pewna pacjentka miała raka macicy z przerzutami do płuc. Rozmowa ujawniła, że w jej sypialni rozpanoszył się bluszcz. Pokrywał cały sufit. Wyrastał z małej doniczki, więc czym żył? Energią kobiety. Leczenie trzeba było zacząć od wyrzucenia rośliny. W rodzinnej kamienicy Ewy w Lublinie ponad 40 osób zmarło na raka. To nie przypadek. Dom stoi na silnej żyle wodnej. Zawsze trzeba zbadać radiestezyjnie otoczenie, w którym żyjemy - powtarza lekarka każdemu ze swych pacjentów. Uwaga! Terapie oliwą i uryną można przeprowadzać tylko pod okiem lekarza lub terapeuty.



Żródło: TU

Agata Bleja
Fot. autorka

środa, 20 marca 2013

Historie pacjentów - dr Ewa Hankiewicz-Miącz


CHCESZ ŻYĆ? PRZYJEŻDŻAJ!


Ewa Miącz (d. Hankiewicz)
Świeże powietrze jest wyjątkowo przyjemne. Można się wybrać na spacer po ośnieżonym parku zdrojowym albo po miasteczku. I jeszcze wpaść do "Eweliny", gdzie dobrze dają jeść. Ale to nie jest propozycja dla ludzi, którzy do Nałęczowa przyjechali głodować.
Dom wygląda na opustoszały, jeśli nie liczyć gospodyni, podejrzliwej i zniecierpliwionej tym, że licho znowu kogoś przyniosło. Dostrzegam Ewę Miącz. Z ożywieniem mówi, że dzieją się tu naprawdę ciekawe rzeczy. Dziwnie to brzmi, bo wszędzie jest cicho. Gdzie to się dzieje? Za którymi drzwiami? Korytarzem przemyka mężczyzna - biały jak ściana.
Ewa Miącz (dr Hankiewicz) jest lekarką, neurologiem. Od wielu lat łączy medycynę konwencjonalną z niekonwencjonalną. Kiedy poważnie zachorowała, któryś z jej kolegów powiedział: "Masz pecha". Ona jednak zaordynowała sobie głodówkę i zaczęła się leczyć uryną. Przestała jeść mięso, białko i skrobię. Wyzdrowiała. Ta historia to jej wizytówka, ważniejsza niż literki dr med. przed nazwiskiem.
W Nałęczowie jest kilkunastu kuracjuszy, którzy pod jej okiem głodują i piją mocz. Każdego wieczora spotykają się, żeby wspierać się nawzajem, słuchać wykładów, zadawać pytania.

Dzień dobry. Przyjechałam z Warszawy, nie jestem chora


Kiedy się przebywa z tymi ludźmi, trudno uwierzyć, że cokolwiek im dolega, i że nie jedzą przynajmniej od paru dni. Na zdjęciu, od lewej: Genowefa, Paulinka, Stanisław, Katarzyna i Lucyna.
Na wieczorne spotkanie przychodzą wszyscy. Za dnia wydawali się bez sił, ale teraz nie robią już takiego wrażenia. Śmieją się, żartują. Mówią po kolei, ile dni każdy z nich spędził na głodówce: 5, 6, 9, 10. Dziwne, że żyją.
Wszyscy poodstawiali leki. Nawet Kasia, która ma cukrzycę. Najpierw przez pół roku zmniejszyła dawki insuliny, potem w ogóle z niej zrezygnowała. Kilka razy dziennie sprawdza poziom cukru we krwi. Jest w normie. Dziewczyna z cukrzycą i bez insuliny chodzi, a przecież lekarze mówią, że bez insuliny powinna umrzeć! Mężczyzna, którego za dnia widziałam na korytarzu, ten taki blady i słaby, to Jacek. Od lat leczy się na astmę. Zadyszki dostawał po wejściu na kilka stopni schodów. Tymczasem podczas kilkugodzinnej rozmowy ani razu nie widziałam, aby miał duszności. To podobno skutek wcześniejszego odstawienia skrobi i obecnej wielodniowej głodówki. - Efekty są piorunujące - mówi. - Dziwię się, że tych sposobów nie odkryła medycyna konwencjonalna. Nie musiałbym się męczyć tyle lat.
Po domu biega 7-letni Paweł. Podobno też ma astmę, ale od kilku dni nikt nie widział, żeby się dusił. Nie przyjmuje żadnych leków. Nie jest też na głodówce. Ewa Miącz uznała, że wystarczy, jak zmieni dietę. Je tylko owoce.

Mam 70 lat. Jestem po dwóch zawałach i zatorze mózgu...


Gimanastyka tak zostala pomyślana, żeby pobudzić wszystkie receptory w ciele. Temu właśnie służy szczypanie i nacieranie uszu. Na zdjęciu: Stanisław, Ewa, dr Ewa Miącz i w rogu Paweł.
- Niech pani tak nie mruga - żartuje z mojej miny jowialna pani biolog. - To nic takiego (śmiech). Już czwarty dzień nic nie jem. Nie widać? Czuję się doskonale!
Cały czas stara się podkreślić, że nie przywiodły jej tutaj jakieś tam czary-mary. Trafił swój na swego: naukowiec na lekarza.
- W tym czasie, kiedy pierwszy raz przyszłam do pani Ewy Miącz, ciągle jakaś nostalgia mnie ogarniała. Z nikim nie mogłam rozmawiać, bo zaraz płakałam. Po 4 miesiącach zaleconej przez nią diety - na jarzynach, surówkach, bez mięsa - zrobił się ze mnie świergolatek. Wygasł mój apetyt, który wcześniej był szalony (kotlet; mało jeden - dwa; mało dwa - trzy i tak dalej). Wszyscy mi mówili: "O, padniesz, padniesz, osłabniesz". A było odwrotnie: poczułam się silna. Tylko wcale nie chudłam. Pani Ewa w końcu powiedziała: "Waga jest za duża. Musi pani przejść na głodówkę". Dlatego tu przyjechałam. Przyznam szczerze, że potwornie się tej głodówki bałam. Nie wyobrażałam sobie, jak ja to wytrzymam. No bo w domu - od razu omdlenia. I co się stało? Nogi kiedyś miałam obrzęknięte, a teraz w pęcinach są naprawdę wzorowe. I na spacerach podchodzę pod każde wzniesienie.

 Jestem Genowefa. Mam 60 lat. Chorowałam całe życie...


Chodzenie boso po śniegu można polubić. To świetny sposób na zahartowanie się. Na zdjęciu Ewa Miącz.
Genowefa jest pupilką grupy. Wystarczy, że otworzy buzię, a już wszyscy się śmieją.
- Głoduję dopiero 9 dzień, a byłam obraz nędzy i rozpaczy (śmiech, zupełnie jak w sitcomie). Od listopada ubiegłego roku miałam wysoką temperaturę i silny ból w stawach. Codziennie. 
Wzięła oddech, odsunęła się trochę, żeby móc lepiej pokazywać, co się z nią działo.
- Przez 2 tygodnie leżałam w domu, później trzy tygodnie w szpitalu. Potem mnie operowali. To znowu kolano mi spuchło. Miałam punkcję. Trochę w domu byłam i znów w szpitalu. Przy prześwietleniu wyszło, że mam raka. A to nie rak. I tak dalej: uczulenie, zastrzyki, gorączka... 
Historia choroby jest długa. Kobieta opowiada ją tak barwnie, że wszyscy pękają ze śmiechu.
Genowefa mieszka pod Lublinem. Od Ewy Miącz dowiedziała się, że w jej domu złamane zostały chyba wszystkie zasady Feng Shui i radiestezji: łóżko na skrzyżowaniu żył wodnych, pokój w bluszczach. Na dodatek nad wezgłowiem jej łóżka Matka Boska Bolesna, a nad łóżkiem męża - Jezus w koronie cierniowej. I mieli, co chcieli: ciernie i boleści.
Nękał ją coraz większy ból w stawach. Nie mogła już chodzić. Dostawała maści do smarowania, ale po tygodniu stosowania znowu było źle. Ewa Miącz uznała, że przyczyny dolegliwości należy szukać nie w stawach, ale w złej diecie. Dlatego zaordynowała głodówkę. (Genowefa przyznaje: "Ja nie jadłam, tylko żarłam. Ogromne ilości i szybko: ciach, ciach, ciach, na pół, na ćwierć i myk, myk.") Organizm oczyszczał się dość burzliwie.
- Walczyłyśmy o życie - mówi Ewa Miącz. - Było wiele sygnałów świadczących o skrajnym wyczerpaniu sił życiowych. Zasadniczą walkę wygrałyśmy. Wróciła sprawność kolan. I to, co najbardziej jest teraz istotne, to brzuch, jelita i drogi rodne, a nie stawy, które były pretekstem do przyjazdu.

Robimy Genowefie zdjęcia

- Jeszcze w życiu nikt mi tylu zdjęć nie robił! No, chyba że rentgenowskich - mówi ze śmiechem. Nazywam się Ewa. Przyjechałam tu z rozpoznaniem: rak piersi Ewa wytatuowała sobie kiedyś kreski pod oczami i na powiekach, żeby na zawsze już była odstawiona jak należy. Ciekawe, kiedy jej zżółkła cera. I od czego: od solarium czy od raka?
- Mój dzidziuś (trzy latka ma) tak się mocno przytulił do piersi, że zabolało. Za dwa dni zrobiłam badania i wyszło, że to nowotwór złośliwy, nieoperacyjny. Co mnie może czekać? Chemia? Lampy? A potem własne dziecko mnie nie rozpozna. Nie wierzę lekarzom. No bo co oni mi proponują? Leczyć nieuleczalne? 
O dr Miącz przeczytała w gazecie. Zadzwoniła do niej i usłyszała: "Chcesz żyć? Przyjeżdżaj!" Nie wierzyła już nikomu, ale wsiadła w pociąg i przyjechała. "Nie jedzą, a żyją i jeszcze się śmieją?" - pomyślała zdumiona. W Nałęczowie okazało się, że rak piersi to pryszcz w porównaniu z tym, co ma w jelitach, nerkach i wątrobie. Jak jej się terapeutka dobrała do receptorów, to z bólu się popłakała. USG wykazywało, że wszystko jest w normie, a tu wszystko było źle. "To nie wiedzieli tego ci, co się tyle lat uczą?" - w Ewie miesza się rozgoryczenie i poczucie przegranej. Ale także podejrzliwość. Nie chce wyjść na pierwszą naiwną. Ciągle o coś pyta. Chce żyć. Ma czworo dzieci. Następnego dnia zaczyna głodówkę, razem z innymi będzie piła mocz. 
Nie ona jedna ma raka. Stanisław jest już po chemii i po operacji. Teresa wie o nowotworze z USG, ale nie chce się dać pokroić. 
- Moim zdaniem, Ewa powinna z tego wyjść - mówi dr Miącz - trzeba tylko cierpliwości. Uczestniczenie w życiu kuracjuszy sprawia mi, dziennikarce, pewną trudność. W planie dnia brakuje trzech pozycji: śniadanie, obiad, kolacja. W końcu jednak idę jeść, ale tak jakoś ukradkiem, żeby nikomu nie sprawić przykrości.
Zamiast śniadania jest gimnastyka. Ćwiczenia są proste: opukuje się palcami głowę, naciąga włosy, naciera uszy, uciska szczęki, masuje się ramiona, ręce, uda, łydki, stuka się piętą o podłogę. To rozgrzewa. Kuracjusze idą na dwór i boso chodzą po śniegu. Wracają rozbudzeni, roześmiani. Chowają się w pokojach. Kto na lewatywę - znika w łazience, kto na masaż - idzie do gabinetu. Potem niektórzy kładą się do łóżek. Koło południa może wybiorą się na spacer. A wieczorem znów będą o sobie opowiadać: 
"Jestem rolniczką, korzystałam z wielu szpitali, od 1992 roku mam na nogach otwarte rany..." 
"Moja córka Paulinka nie ma czucia od pasa w dół..."
"Przyjechałam tu 3 dni temu, lekarze kazali mi się już pożegnać z dziećmi..."

Żródło TU