Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raw. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

To co najprostsze jest najgenialniejsze - wywiad z dr Ewą Hankiewicz


Mój organizm nie boi się niczego

To co najprostsze jest najgenialniejsze  - mówi doktor -  neurolog i witarianka Ewa Hankiewicz.

Poniżej prezentujemy wywiad z panią doktor, który okazał się być monologiem. 

 

Studia medyczne wybrałam z powołania - chciałam pomagać ludziom. Byłam gorliwą studentką. Nawet egzamin z neurologii zdałam na celujący, chociaż rzadko stawiano takie stopnie. Tak więc, nie przypadkiem, zostałam neurologiem. Już wówczas zaczęłam studiować leki bardziej pod kątem ich działań ubocznych niż leczniczych i swoim pacjentom starałam się dobierać leki właśnie pod kątem ich najmniejszej szkodliwości. Starałam się też zlecać więcej zabiegów niż leków.

W swojej specjalizacji neurologicznej spotykałam się z chorobami, w stosunku do których konwencjonalna medycyna jest całkowicie bezradna: stwardnienie rozsiane,  Parkinsonizm, guzy mózgu, choroba Alzheimera, zresztą dotyczy to również "zwykłych" korzonków, czy migren. Sama cierpiałam na uporczywe migreny przez kilkanaście lat. Już jako neurolog codziennie brałam pyralginę w zastrzykach, aby pozbyć się bólów głowy. Wtedy właśnie nie mogąc pomóc ani sobie, ani wielu moim pacjentom, zaczęłam zastanawiać się nad tym, że tu chyba jest coś nie tak.

Od dziecka byłam bardzo chorowita: przeszłam wiele chorób, miałam duże zmiany w kręgosłupie, a w wieku 20 lat pozbawiono mnie pęcherzyka żółciowego,  miałam tam ze 140 złogów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stosując odpowiednią dietę, można w kilka dni złogi te wyczyścić, zachowując pęcherzyk. Na egzaminie praktycznym z chirurgii na pytanie: czy złogi w pęcherzyku są zagrożeniem, prawidłowa odpowiedź miała brzmieć: tak, jest to stan przedrakowy i jedynym rozwiązaniem jest wycięcie pęcherzyka. Tak więc, gdy stwierdzono u mnie kamienie, biorąc pod uwagę wiedzę, którą zdobyłam na studiach, posłusznie poszłam na operację. 

Myślę, że właśnie od tego czasu zaczęły się moje poważne problemy zdrowotne. Miałam bóle głowy, chory kręgosłup, miałam paradentozę, problemy z układem trawiennym. Sama będąc chorą i na co dzień lecząc ludzi przykutych do łóżka z powodu chorób neurologicznych, widziałam swoją wielką bezradność. I znowu zapaliła się czerwona lampka - że coś tu nie tak. 

Punktem zwrotnym w moim życiu, nie tylko rodzinnym, ale także zawodowym, była choroba i śmierć mojego brata, który umarł z powodu chłoniaka złośliwego. W tym czasie interesowałam się już medycyną alternatywną. Nie zdążyłam jednak pomóc bratu. Wcześniej, nawet niż sam nowotwór, zabiła go chemia, którą go leczono. Zabiła go tak szybko, że nawet nie zdążyłam zastosować urynoterapii, o której czytałam. Wpadłam w depresję. Byłam w tym czasie przed egzaminem specjalizacyjnym właśnie z neurologii, gdy wpadła mi w ręce książka Mai Błaszczyszyn "Dieta życia". Przeczytałam ją jednym tchem, a następnego dnia zaczęłam  już stosować. I o dziwo - jedząc głównie surowe warzywa i owoce w przeciągu dość krótkiego czasu stanęłam na nogi. Zdałam egzamin i wróciła mi chęć do życia. Pozbyłam się większości moich chorób. Przez pół roku leczyłam się tą dietą, ale gdy poczułam się dość dobrze, powróciłam do tak zwanej "normalnej" diety. Dolegliwości odzywały się od czasu do czasu . Ale nie były, aż tak jak wcześniej, dokuczliwe. Nie zastanawiałam się jeszcze wtedy nad wpływem diety na zdrowie. Urodziłam dziecko, no i problemy zaczęły się od nowa: krwotoki, szpital, śmierć kliniczna, operacja po operacji, no i diagnoza - wyrok: brak szans na wyleczenie. Wtedy przypomniałam sobie o poście i urynoterapii.  Przypomniałam sobie o nich, gdy po dłuższym niejedzeniu po operacji, podano mi pierwszy posiłek. Zażyczyłam sobie, aby przyniesiono mi z domu ryż z marchewką. Myślałam wówczas, że jest to jedzenie, w tym momencie dla mnie, najzdrowsze pod słońcem. No i zaczęło się znowu - gorączka, krwotok, powrót wszystkiego. Moi koledzy po fachu rozłożyli ręce - byli bezradni. Wówczas pomyślałam: skoro zjadłam i jest tak źle, to nie należy jeść. Po pięciu tygodniach postu wstałam z łóżka całkiem zdrowa. Wróciłam do pracy. Wówczas okazało się, że mój ojciec jest chory na nowotwór. Nie chciał uwierzyć w moje "naturalne metody" i za pół roku zmarł. A ja jak przystało na "ozdrowieńca" kupiłam sobie wołowinę, o której nauczono mnie, że jest zdrowsza niż wieprzowina. Tak do końca to wiedziałam już wtedy i nie wiedziałam. Doceniłam post jako leczenie, ponieważ dwukrotnie uratował mi życie, ale jakoś codziennego zdrowego żywienia nie potrafiłam jeszcze wtedy rozpoznać i docenić. Zresztą niewiele o nim wiedziałam. Moje informacje były fragmentaryczne.

Wróciły znów obowiązki i mój poprzedni sposób życia. Zrozumiałam, że nie wystarczy raz wysprzątać organizmu - zastosować przez pół roku głodówki leczniczej. Trzeba dalej dbać i pielęgnować go codziennie. Trudno żyć z brakiem kilku narządów i kupą leków, które w swoim krótkim życiu zdążyłam już łyknąć. Trapiły mnie znów różne dolegliwości. Nie mogłam przecież pozostać na całe życie na poście urynowym. Czułam, że muszę coś robić, aby się ratować. Na medycynę szpitalną przestałam już liczyć. Co najwyżej, miała mi do zaproponowania wycięcie jeszcze jednego potrzebnego narządu, lub nowe leki, które wprawdzie coś tam pomagały, ale też i rujnowały resztki mojego zdrowia. 

Wtedy dopiero świadomie zaczęłam eksperymentować z dietą. Eliminowałam pokarmy, co do których miałam wątpliwości, że mi szkodzą. Jako pierwsze wyeliminowałam mięso. Później inspirowana książką hinduskiego lekarza "Mleko cichy morderca" wyeliminowałam mleko i wszelkie wyroby z mleka. Wtedy też uświadomiłam sobie, że to właśnie jadanie nabiału, który był kiedyś podstawą mojej diety,  doprowadziło moje zdrowie do takiego stanu. Pierwsza moja tak zwana zdrowa dieta, którą przyjęłam, zawierała gotowane produkty, zdrowe razowe pieczywo, rośliny strączkowe. Ale dalej czułam, że to nie tak. Z pieczywem było mi się najtrudniej rozstać. Wtedy włączył się mój naturalny "pilot". Zaczęłam myśleć intuicyjnie, wracać do natury. Odkryłam, że to co najprostsze jest najgenialniejsze, dlatego trudne do zrozumienia. To wówczas, któregoś dnia, kupiłam swój ostatni bochenek chleba. Wtedy jeszcze z przerażeniem myślałam, jak to będzie, gdy pieczywo zniknie z mojego życia. No i nie ma pieczywa. W ostatniej kolejności wyeliminowałam produkty strączkowe. Długo wydawało mi się, że trzeba je jeść, ze względu na dużą ilość białka. Ale z biegiem czasu i moich przemyśleń, wnikliwego obserwowania siebie, w mojej diecie pozostały tylko świeże owoce i warzywa. Dobrze się czuję, gdy jem, nie mieszając, jeden gatunek warzyw lub owoców przez dłuższy czas.

Jak się ma, na przykład, moje 2 kilogramy gruszek, które zjadam w ciągu dnia i tryskam energią, do konwencjonalnego obiadu? Doszłam więc po latach obserwacji i praktyki do swojej optymalnej diety, o której myślę też, że jest optymalną dietą dla wszystkich. Jesteśmy jako gatunek owocożerni, nawet nie warzywożerni, a na pewno nie wszystkożerni. 

  

Dzisiaj przyszła do mnie moja pacjentka, która od tygodnia jest na owocowo-warzywnej surowej diecie. Powiedziała mi, że przestały jej marznąć i cierpnąć ręce i nogi. Ci, którzy wcześniej rozcierali jej marznące ręce, teraz bardziej marzną od niej. Jej jest gorąco. Inna moja pacjentka, która od wielu lat w ogóle nie jadła surowizn, bo lekarz kiedyś powiedział jej, że szkodzą jej zdrowiu, przyszła po raz pierwszy do mnie w pięciu swetrach trzęsąc się z zimna. No więc jak jest z tym wychładzaniem? Gdy pacjentka ta przeszła na surową dietę, natychmiast poprawił się jej stan zdrowia i zdjęła z siebie kilka swetrów.
Pożegnajmy się więc z pierwszym mitem, że surowa dieta wychładza organizm. I, że zimą powinniśmy jeść gorące kasze, zupy, a owoce i warzywa zostawić na upalne lato.

Nie surowizny, lecz nabiał wychładzają organizm. Energia jest w surowym jedzeniu. Jabłko pięknie grzeje, banan może trochę mniej, ale wcale nie wychładza. Powinniśmy jeść to co u nas rośnie. Ale nawet banan w porównaniu ze zwykłym  chlebem jest jak nektar bogów - zdrowy i bezpieczny. Patrząc na gotowane pożywienie rozgrzeszyłam nawet cytrusy. Uważam, że późne owoce - jabłka i gruszki są doskonałym pokarmem na zimę. Są w stanie nas tak wspaniale ogrzać i dać nam tyle energii potrzebnej na przetrwanie zimy. Późna gruszka nie zmarznie nawet na mrozie. Orzechy są również doskonałą spiżarnią na zimę. Energia jest w surowym jedzeniu. Może i gotowanie dodaje jakiegoś rodzaju energii do pożywienia. Ale jaki jest sens, aby jedną energię zabijać, po to aby dać jakąś drugą. 

  


Je się wtedy gdy człowiek jest głodny. Aby się "dobrze" odżywiać wystarczy jeść, gdy się jest głodnym. Zauważyłam, że teraz, gdy jem owoce, zawsze mam umiar, wiem kiedy skończyć. Organizm jest syty i daje mi sygnał. Kiedyś, gdy podjadałam pożywienie przetworzone i wymieszane, trudno mi było uchwycić naturalnie tą granicę. Dopiero wypchany żołądek mówił: stop. 

  

Powtarzam zawsze moim pacjentom: surowe dożywia, wszystko inne zaśmieca organizm i że jedynym pożywieniem, które daje energię i zdrowie są surowe owoce, warzywa i orzechy. Pozwalam także, od czasu do czasu, na olej tłoczony na zimno i na złamanie diety gotowanym pożywieniem. Wielu pacjentów, nie rozumiejąc, że na ich dolegliwości, pomóc może jedynie odpowiednie żywienie, a nie jakieś specjalne zapisane przeze mnie leczenie, opóźnia czas przechodzenia na dietę. Rozumiem ich, bo ja także bardzo powoli zmieniałam swoje żywieniowe przyzwyczajenia, nie doceniając wielokrotnie roli żywienia w leczeniu. Często pacjent odchodzi ode mnie i idzie do lekarza, który nie wymaga tak wiele i po prostu zapisuje tabletki. Ci pacjenci, którzy jednak spróbują, widzą już po kilku dniach efekty tej diety.

Niektórzy uważają, że powoli należy zmieniać dietę, aby nie był to szok dla organizmu. Ja uważam, że można to zrobić od zaraz. Jest to tylko kwestia gotowości naszego umysłu i porzucenia naszych przyzwyczajeń. 

  


Pacjenci pytają: to pani doktor na diecie? A ja im odpowiadam: ja po prostu zdrowo jem. Im bardziej jestem zdrowa, to tym bardziej chce mi się zdrowo jeść. Leczyłam ludzi, którzy sobie nie wyobrażali życia bez kawy i bez papierosów. W miarę ilości wypijanego soku z marchwi, zmienia się ilość wypalanych papierosów. Sposób bycia także. Zauważyła to studentka, pisząca pracę magisterską, która przyszła do mnie z prośbą o podanie adresów osób będących na diecie owocowo-warzywnej. Wszyscy jej rozmówcy okazali się być rozmowni, przychylni, tryskający energią, zadowoleni z życia. Nie marudzili - tak jak spodziewała się tego - że katują się dietą, poszczą. Szczególnie szczęśliwa była kobieta chora na cukrzycę, której lekarze zabronili jeść jej ulubione winogrona, a nakazali jadać wędliny, sery i inne rzeczy, których nie znosiła. Teraz objada się swoimi ukochanymi winogronami i czuje się bardzo dobrze. 

  


Co na to wszystko środowisko lekarskie? Umierałam w łomżyńskim szpitalu. Według tamtejszych lekarzy nie powinnam już żyć. Gdy pod wpływem własnych przeżyć i zmagań z trapiącymi mnie chorobami, odeszłam już tak daleko od konwencjonalnego widzenia choroby, jej skutków i leczenia, że ciężko byłoby mi wrócić do konwencjonalnej placówki zdrowia, otworzyłam własny gabinet. Trafiali do mnie beznadziejnie chorzy pacjenci, na których medycyna oficjalna postawiła już krzyżyk. Powrót do zdrowia tych ludzi uznano oficjalnie za cudowne ozdrowienie. Chociaż żadnego cudu tu nie było. Niekiedy moi znajomi lekarze podsyłali mi pacjentów, z którymi nie wiedziano co zrobić. Najczęściej takich, gdy operacja się udała, a pacjent nie zdrowieje. 

  

Przeszłam długą szkołę. Jeśli jako młoda lekarka neurolog ze świeżo zdaną specjalizacją na pięć, musiałam sobie codziennie wstrzykiwać pyralginę, aby przeżyć dzień bez bólu, to kiedy ja powinnam dostać tą piątkę - teraz gdy sama nie mam już żadnych dolegliwości i leczę dwudziestoletnie migreny u pacjentów w ciągu tygodnia lub miesiąca, czy wtedy gdy sama faszerowałam się lekami, nie szczędząc ich również swoim pacjentom? Jeśli kiedyś komuś przyjdzie do głowy, aby odebrać mi mój lekarski dyplom, zarzucając mi, że nie leczę pacjentów według oficjalnej wiedzy medycznej, to ja zapytam, jak medycyna poradziła sobie ze stwardnieniem rozsianym, nowotworami, Parkinsonem i tak dalej.

Dlaczego na studiach medycznych nie nauczono mnie, że na stopach są punkty refleksyjne, nie było zajęć na temat diety, dlaczego nie powiedziano mi, że pijąc olej z cytryną mogę pozbyć się kamieni, tylko wycięto mi mój pęcherzyk żółciowy? W porównaniu z kilkukrotnie większą ilością kamieni, które w ten sposób usuwam pacjentom, moje 140 dla tej mikstury, nie byłoby problemem. Dlaczego na zajęciach z fizjologii nauczono mnie, że w trzecim roku życia tracimy enzymy do trawienia mleka, ale już nikt później z tego nie wyciągnął wniosków. I dotąd nie wyciąga. 

  


Powstaje coraz więcej literatury naukowej na ten temat. Nie jest ona zlecana i finansowana przez rządy, ale powstaje dzięki lekarzom, czy naukowcom, którym w życiu przydarzyła się podobna historia do mojej. Albo, oni sami byli ciężko chorzy, lub ktoś z ich bliskiej rodziny stał na pograniczu życia i śmierci. Wówczas, bazując na oficjalnej wiedzy, którą sami przez lata uprawiali, a która w takim momencie nie miała im już nic do zaproponowania, skazywała ich na śmierć, zwracali się ku diecie czy, niekonwencjonalnemu leczeniu. Doktor John Tilden, dr Simonton, doktor Sharma, i wiele wiele innych. 

  

Nawet te moje ciotki, które kiedyś nie mogły ścierpieć tego, że nie poczęstuję się szyneczką i bigosem, teraz gdy przyjeżdżam podają mi surówki, a i same już też tylko od czasu do czasu jadają mięso. Czują się znacznie lepiej i zawsze, gdy przyjeżdżam nadstawiają uszy na to "nowe". Myślę więc, że to już czas, aby zacząć mówić publicznie o zdrowej diecie. Bo te rzadkie zalecenia na ten temat, które dostają pacjenci, są zbyt fragmentaryczne. Gdy chory na wątrobę dostaje zalecenie, aby nie jeść smażonego, wówczas  i tak, nie wiedząc o tym, je inne rzeczy, które mu równie szkodzą. Najczęściej jednak - o zgrozo - lekarze zabraniają jeść surowizny.

Wielu pacjentów chciałoby się zdrowo odżywiać, ale mają tak mylne pojęcie, co do zdrowej diety, przypadkowo wybudowane na podstawie reklam i artykułów w prasie kobiecej, że często robiąc to szkodzą własnemu zdrowiu. Ja sama w pewnym czasie zjadałam 2 duże jogurty z płatkami razowymi, a wraz ze mną każdy członek rodziny musiał to zrobić. Wydajemy nasze pieniądze na wiele rzeczy, co do których mamy mylne pojęcia. Myślimy, że nam pomagają, a one nam szkodzą. Każdy może robić ze swoim zdrowiem co chce. Ale powinien wiedzieć, że na przykład sok w kartonie nie ma żadnej wartości odżywczej, a niekiedy z powodu nadmiaru dodatków chemicznych, może nawet zaszkodzić. I nie jest to ten sam produkt, co sok wyciśnięty w domu w sokowirówce. 

  

Zanieczyszczenia warzyw i owoców chemią rolną: azotynami, pestycydami itd. są dużym problemem. Warzywa, w których jest skumulowanych dużo tych środków, są niewątpliwie szkodliwe dla naszego zdrowia, ale... w przeciętnej marchewce - jak wykazują badania - jest 150 razy mniej pestycydów, niż w tej samej ilości mleka, czy mięsa. Przecież zwierzęta również karmione są skażonymi chemią rolną płodami i kumulują te substancje w swoich organizmach lub wydalają właśnie z mlekiem. Skoro nie możemy wyeliminować tak powszechnej chemii z naszej żywości to możemy pocieszyć się tym, że jadanie warzyw, czy owoców z tymi "dodatkami", jest bardziej bezpieczne, niż picie mleka, czy jadanie mięsa. Warzywa bowiem, zawierają również cenny błonnik, który częściowo neutralizuje działanie tych środków.
Gdybyśmy nawet wypili 5 litrów soku z marchwi, to nie przedawkujemy niczego. Bowiem nasz organizm wie co z tym zrobić. Zrobi sobie zapasy, lub po prostu wydali nadmiar niektórych składników. Gorzej jest ze sztucznymi witaminami. Najnowsze badania pokazały, że organizm nie radzi sobie z wydaleniem nadmiaru nawet syntetycznej witaminy C, a więc łykanie pastylek, nawet z dotychczas uważaną za "niewinną" witaminą C, nie jest całkiem bezkarne. Może wywoływać uszkodzenia wątroby i innych organów wewnętrznych.
Inną sprawą jest, że niekiedy jakiś rodzaj pokarmu - jak wykazują badania analityczne tego pokarmu - bogaty jest w potrzebny nam składnik, na przykład mleko bogate jest w wapń. Tylko, problem w tym, że nasz organizm nie może tego wapnia w żaden sposób wykorzystać. Aby przyswoić wapń, potrzebny jest odpowiedni stosunek wapnia do fosforu, a takiego nie ma w mleku. Te proporcje są natomiast idealne w orzechach, owocach i warzywach. Z wapnia zawartego w mleku mogą powstać, co najwyżej, złogi w nerkach, drogach żółciowych i w stawach. A więc, mleko nie tylko nie dostarcza wapnia do naszego organizmu, ale na dodatek powoduje jeszcze zabieranie odłożonego już wapnia z kości. Stąd w społeczeństwach, w których pija się dużo mleka i jada sery itp., statystycznie występuje największe zagrożenie osteoporozą. Aby to stwierdzić, wystarczy spojrzeć na statystykę chorób. Niestety, u nas cały czas pokutuje mit, że picie mleka wpływa korzystnie na bilans wapnia w organizmie i pacjentom z osteoporozą zaleca się picie mleka. A tak w ogóle, to mleko jest dobrym pokarmem tylko dla ssaków w początkowym okresie ich życia. Później zanikają u nas enzymy do jego trawienia.

Drugi mit, na którym bazuje tzw: nowoczesna dietetyka, a który również wiąże się z mlekiem i z mięsem mówi, że do życia potrzeba nam dużych ilości białka. Tymczasem nasz organizm permanentnie otrzymuje za dużo białka, które później pracowicie musi usuwać. My chorujemy z powodu nadmiaru białka. Na rozkładanie cząsteczek białka, aby go usunąć, tracimy zbyt wiele energii i zbyt obciążamy tym organizm. Przychodzą do mnie matki z dziesięciolatkami z objawami braku energii życiowej. Słodycze, mięso i tylko gotowane - taka jest ich dieta. Sumując: to, że jakaś substancja obecna jest w pokarmie, nie znaczy jeszcze, że będzie nam ona przydatna. Podobnie rzecz się ma z truciznami w żywności. Zdrowy, nie zatruwany niewłaściwym pokarmem organizm, z prawidłową florą bakteryjną w jelitach, ma wiele różnych mechanizmów blokujących przyswajanie trucizn, a także sposobów na ich wydalanie. Błonnik, którego jest dużo w surowej diecie, ma wspaniałe zdolności wiązania trucizn i wyrzucania ich z organizmu. Zdrowy, dobrze odżywiony organizm nie musi bać się bakterii, wirusów, pleśni, toksyn. Przychodzą do mnie pacjenci, z ranami, których sami brzydzą się dotykać. Kiedyś łapałam wszystkie grypy, anginy, a teraz mój organizm nie boi się niczego. 

  


Jeśli już musimy smarować chleb to nie kupujmy margaryn. Najlepiej stosować olej tłoczony na zimno. Jest on najmniej skażony szkodliwymi dodatkami. Produkowany w temperaturze nie niszczącej bioelementów jest najzdrowszy. Natomiast ten tzw.: "normalny" przetworzony olej jest wielkim wyzwaniem dla naszego systemu trawiennego, zaśmieca organizm, który nie umie trawić, zmodyfikowanych przez produkcję, związków tłuszczowych. 

  

Popularne leki, przepisywane na przeziębienia i grypy, leczą jedynie objawy tych chorób. Usuwając objawy, przeszkadzają w ten sposób i zamykają organizmowi możliwości samoleczenia. Na przykład: większość popularnych leków zbija temperaturę, a zbijanie nawet niezbyt wysokiej temperatury powoduje blokowanie organizmowi możliwości samoleczenia. Nasze komórki żerne, oczyszczające organizm, są aktywne dopiero w 39,5 stopniach. Jeśli zbijemy temperaturę, wówczas choroba ciągnie się i ciągnie, bo organizm nie może wyzbyć się wyprodukowanych toksyn. Gdy używamy leki przeciw katarowi - popularne krople do nosa, zamykamy następną drogę oczyszczania się organizmu z toksyn: poprzez wyrzucanie kataru.
Leczę obecnie pacjentkę, której wycięto migdałki, czyli zamknięto organizmowi drogę do samoczynnego wydalania toksyn. Później miała rzut reumatyzmu, czyli odezwały się te toksyny, które nie miały ujścia, a organizm gromadził je w stawach. Leczono ją antybiotykami i sterydami - lekami hormonalnymi. Za dwa lata zjawił się nowotwór jamy brzusznej - czyli znowu, te toksyny, którym uniemożliwiano w kolejnych etapach "leczenia" wydalenie się, powodowały coraz cięższe choroby. Inną moją pacjentkę, jakiś czas temu, ktoś wyleczył z trądziku, również antybiotykami i sterydami. A przecież trądzik to nic innego jak właśnie wyrzucanie przez organizm toksyn przez skórę. Teraz, pacjentka ta, mimo młodego wieku, ma nowotwór wątroby. Powtarzam: nasza medycyna, lecząc na ogół objawy, zamyka drogę oczyszczania się organizmu z toksyn, dlatego z jednej choroby popadamy w inną. I jeszcze na dodatek, do głowy nam nie przyjdzie, aby powiązać razem, często odległe w czasie choroby. Cieszymy się ze zwycięstwa medycyny nad daną chorobą, a gdy nadchodzi następna, to od nowa z pełnym zaufaniem znowu poddajemy się leczeniu. Koło się toczy.
Dlaczego? Dlatego, że współczesna medycyna ma wiele aspektów. Między innymi ekonomiczny. 

  
  
wywiad, który okazał się monologiem spisała: Agnieszka Olędzka



środa, 13 marca 2013

Zrozumieć swoje miejsce na ziemi...

" Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby"*
-Hipokrates


Z doktor Czesławą Kamińską-Komańską - leczącą naturalnymi metodami witarianką - rozmawia Agnieszka Olędzka 


Pani doktor zajmuje się naturalnym leczeniem od lat. Opracowała własne metody diagnozowania pacjentów posługując się analizą mineralną włosów. Jako środki lecznicze zaleca odpowiednio skomponowaną zdrową dietę, a w przypadku niedomagań organizmu stosuje dobrane przez siebie lecznicze mieszanki z ziół.

Uważa, że żołądek nie jest śmietnikiem do którego można wrzucić wszystko, a także, że najważniejsza jest równowaga w organizmie. Można ją osiągnąć i utrzymać poprzez stosowanie właściwie dobranych przypraw i ziół. 

Za najzdrowszy pokarm uważa surowe owoce i warzywa. Temperatura niszczy wiele potrzebnych witamin i minerałów, białka podlegają denaturacji i nie są już dostępne dla organizmu. Dlatego należy jeść "żywy" pokarm, a nie "martwy", no i pamiętać o przyprawach.
W swoim osobistym rozwoju zatrzymała się na witarianizmie. 
Żartując - ale jest w tym wielka "dawka" prawdy mówi - żeby uważać, aby nie paść ofiarą błędu drukarskiego i autorytetu.

- Jak to się stało, że Pani - specjalista anestezjolog, zaczęła interesować się dietą i naturalnymi metodami leczenia? 

- Zaczęło się - jak to pewnie zwykle bywa - od osobistych kłopotów ze zdrowiem. Zaczęłam odczuwać bóle wątroby, budziłam się w nocy i wiedziałam, gdzie mam pęcherzyk żółciowy. Wtedy to, bojąc się operacji, zaczęłam szukać innych metod. Zaczęłam od ziół i od ustawienia sobie diety eliminującej niektóre pokarmy. Ale, obserwując pacjentów, którzy byli bardziej niż ja zaawansowani w tego typu chorobach, miałam pewne wątpliwości co do powodzenia leczenia. Zobaczyłam, że pacjenci poprzez eliminację z diety kolejnych produktów, dochodzili nie do wyleczenia, ale do takiej sytuacji, że nawet po zjedzeniu suchej bułki miewali napady kolki wątrobowej. Zrozumiałam, że mój los przedstawia się marnie i lepiej będzie poszukać innych dróg. Zaczęłam od czytania literatury na temat leczenia ziołami. Piłam zioła. Wyeliminowałam wówczas ze swojej diety mięso, gdyż zauważyłam, że właśnie ono najbardziej obciąża mój przewód pokarmowy. Zaczęłam jadać coraz więcej surowych warzyw i owoców wbrew obiegowym "prawdom", że szkodzą one w przypadku niedomagania wątroby. Powoli zmieniałam dietę i zdrowiałam.

- I tak doszła Pani do witarianizmu... 

- Ta dieta mi bardzo służy. Człowiek ewolucyjnie jest przecież owocożerny. Nasz przewód pokarmowy najbardziej zbliżony jest anatomicznie do przewodu pokarmowego małp owocożernych. Jest zaprogramowany na odżywianie się owocami. Stało się jednak tak, że w odległych dziejowo czasach, ludzie rozpoczęli swój exodus z miejsc ciepłych, dających owocowe pożywienie przez cały rok, do miejsc chłodnych, takich jak na przykład nasza Europa, gdzie owoce występują tylko przez pewną część roku. Gdy zabrakło owoców, człowiek zaczął przystosowywać inne dostępne mu produkty. Ale, tak naprawdę, dopiero zdobycie umiejętności korzystania z ognia pozwoliło ludziom na korzystanie z innych pokarmów, które wcześniej na surowo były niejadalne. I tak człowiek zaczął odżywiać się niezgodnie ze swoim gatunkiem.
Należy uczyć się od Natury. Zwierzęta przebywające na wolności jedzą zawsze zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie mieszają pokarmów, na ogół jedzą monotematycznie - cały czas ten sam rodzaj pokarmu i nie martwią się o niedobory żywieniowe, jedzą wcale nie tak dużo w porównaniu ze swoją wagą ciała i nie tak często i regularnie. Jedzą intuicyjnie wybierając taki pokarm, jaki przygotowała dla nich Matka-Natura. Człowiek jedzący zdrowy pokarm, nie mieszający zbytnio składników również po pewnym czasie nabiera intuicji, co jadać, aby organizm funkcjonował w zdrowiu.

- Który z czynników mających wpływ na nasze zdrowie uważa Pani za ważny? 

- Hipokrates powiedział: pokarm jest również lekarstwem. Ale może być także trucizną. Niektóre pokarmy mają zdolność unieczynniania pewnych enzymów trawiennych i po zjedzeniu źle skomponowanego posiłku przewód pokarmowy nie może sobie poradzić ze strawieniem takiej mieszanki. Można zneutralizować te substancje dodając do potraw przypraw. Na przykład: jabłka, które są tak powszechnie zalecane, zawierają substancje unieczynniające enzymy trzustkowe, dlatego wiele osób, a szczególnie ci, którzy cierpią na dysfunkcje wątroby, mają po zjedzeniu jabłek wzdęcia i nieprzyjemne doznania. Dlatego też do tych owoców kuchnie z tradycjami, oparte na wieloletnich obserwacjach, dodają odpowiednich przypraw, w przypadku jabłek, na przykład goździków czy cynamonu.

- W pewnym momencie mojego życia nałogowo zaczęłam żuć goździki. Widocznie były one potrzebne do czegoś mojemu organizmowi...? 

- Do aktywacji enzymów trzustkowych. Często nie trzeba mieć znajomości ziół i ich działania na organizm. Sam organizm domaga się określonych przypraw.

- Przyprawy najczęściej dodajemy automatycznie, nie myślimy o tym, że mają jakieś określone funkcje do spełnienia w przewodzie pokarmowym. 

- Zioła przyprawowe mają właściwości lecznicze - ułatwiają przebieg procesów trawiennych. Aby ułatwić pracę przewodowi pokarmowemu należy znać pewne zasady: na przykład tę, że do potraw mącznych, makaronów, klusek, ryżu powinno się dodawać chociaż szczyptę gałki muszkatołowej. Potrawy te nie są wówczas już tak ciężkostrawne - trawienie ich przebiega znacznie lepiej. Mizeria, czy ogórki w innej postaci nie będą powodować wzdęć i nieprzyjemnych objawów, jeżeli przyjmiemy za regułę, że musi się przy nich znaleźć zielony koperek. Do ziemniaków także dobrze jest dodać koperku lub już przy gotowaniu czy pieczeniu można dodać nasion koperku lub kminku. Do kapusty także powinniśmy dodawać koper lub kminek. Do strączkowych - majeranek, kminek, hyzop, cząber, estragon.
Ważny jest także dobór pokarmów w jednym posiłku. Niewłaściwe połączenia pokarmów blokują wydzielanie się niezbędnych do procesu trawienia enzymów, na przykład: trzustkowych. Zbytnie pomieszanie różnorodnych pokarmów: białkowych, skrobiowych, owoców itd. w jednym posiłku powoduje "dezorientację" właśnie tych organów, które są odpowiedzialne za wydzielanie określonych substancji służących trawieniu. Wątroba nie mogąc ustalić, jakie pokarmy ma trawić, nie wydziela żadnych substancji. W efekcie bez jej udziału przewód pokarmowy nie może strawić danego pożywienia i usiłuje się go jak najprędzej pozbyć. Sygnalizuje to wzdęciem, które jest szczątkowym odruchem wymiotnym, który pozostał nam z niemowlęctwa. Wzdęcia właśnie są odruchem organizmu na zły zestaw pokarmów trafiający do żołądka lub na przejedzenie się. Dzieci po przejedzeniu się lub po złym zestawie posiłków naturalnie reagują wymiotami. Natomiast dorośli nie reagują wymiotami, ale ich szczątkową formą czyli wzdęciem. I ten sygnał należy odbierać właśnie jako ostrzeżenie przed złym zestawem pokarmów. Jeśli nie wystąpią wymioty to pokarm zaczyna fermentować lub trawiony jest niezgodnie ze swoim przeznaczeniem. W jelitach zasiedlają się inne rodzaje bakterii lub grzyby wspomagające trawienie, niekoniecznie korzystne dla całości procesu. Trawienie zaczyna przebiegać zupełnie nie tak jak powinno. Często też w efekcie niewłaściwego procesu trawienia powstają toksyny wydzielane przez bakterie lub grzyby. Toksyny zatruwają organizm i nie pozwalają na zagnieżdżenie się właściwej flory bakteryjnej. Procesy gnilne, które toczą się w jelitach nie służą organizmowi, tylko wynikają z potrzeb bakterii i grzybów, które się tam zasiedliły.

- Czy pieprz czarny i inne ostre przyprawy takie jak papryka, czosnek są dla wegetarian dobre? 

- Trzeba zawsze pamiętać, że żywność ma być dla nas lekarstwem, tak jak mawiał Hipokrates. W medycynie znana jest teoria dawki leczniczej i toksycznej. Ta sama substancja w małych ilościach może być dla organizmu niezbędna lub lecznicza, a w dużych dawkach toksyczna czy nawet śmiertelna. To samo dotyczy żywności. Pieprz i inne ostre przyprawy dobrze jest stosować - oczywiście z umiarem - w zimie, czy przy potrawach smażonych i ciężkostrawnych.

- Wiele osób, które przechodzą na wegetarianizm, obawiając się niedoborów białka, o których tak wiele się mówi, "zastępuje" mięso nabiałem. W efekcie zjadają duże ilości sera, jaj i mleka. 
- Mięsa po przejściu na jarstwo nie należy "zastępować" niczym. Białka jest wystarczająco dużo w naszej diecie. Jest ono przecież i w kaszach i w jarzynach i w każdym niemalże produkcie spożywczym.
Natomiast mleko i jego produkty nie są dla nas wskazane. Działają silnie kwasotwórczo przynosząc szkodę organizmowi w zakresie gospodarki wapniowo-magnezowej. Mleko jest ze wszystkich znanych produktów najbardziej śluzotwórczym produktem. Nie powinny go pić, przede wszystkim, dzieci alergiczne, chorzy na cukrzycę, astmę, czy mający kłopoty z jelitami. Zdrowe osoby powinny pamiętać, że organizm posiada zdolności kompensacyjne jednakże do pewnego czasu, później nie dając sobie rady, reaguje różnymi dysfunkcjami.
Człowiek powinien zrozumieć swoje miejsce na ziemi. Jest jednym ze ssaków zamieszkujących planetę i podlega tym samym prawom co inni przedstawiciele gatunku ssaków. Samice mają mleko dla swoich niemowląt, tylko do pewnego czasu. Gdy potomstwo zdolne jest już do odżywiania się pokarmem przeznaczonym przez Naturę na pokarm dla danego gatunku, wówczas samica traci mleko i niemowlę zaczyna odżywiać się zgodnie ze swoim zaprogramowanym kodem. Człowiek stanowi wyjątek. Pije mleko samic obcego gatunku i to nie tylko w czasie niemowlęctwa, ale przez całe życie. Jest to w pewnym sensie pogwałceniem praw Natury. 

- Utarło się już określenie: "zmęczenie wiosenne" za które lekarze winią niedobór witamin i minerałów spowodowany brakiem świeżych owoców i warzyw w czasie zimy, 

- Ja to oceniam inaczej. Większość osób, które jadają mięso, a także i wegetarianie, którzy jadają duże ilości nabiału, gdy przychodzi wiosna zaczynają zmieniać swój zwyczajowy jadłospis i zjadać duże ilości nowalijek. Na taką zmianę w odżywianiu organizm reaguje rozpoczęciem wiosennego procesu odtruwania się. W czasie tego procesu usuwane z tkanek toksyny uwalniają się do krwioobiegu. Aby proces przebiegał sprawnie i toksyny zostały wyrzucone, organizm musi dostarczyć wapnia i magnezu. Jeśli pierwiastki te nie są dostarczane w wystarczającej ilości z dietą, albo jeśli w diecie znajduje się także cukier lub nabiał, czyli "złodzieje" wapnia i magnezu, wówczas mogą wystąpić niedobory tych pierwiastków. Manifestuje się to właśnie zmęczeniem, ospałością. Są to jednak objawy związane z odtruwaniem się organizmu, a nie tak jak jest to obecnie interpretowane - "zmęczenie wiosenne".

- Wynika z tego, że wegetarianie czy weganie odżywiający się zdrowo nie powinni miewać wiosną takich objawów. 

- Oczywiście. Ja na przykład, pomimo swojego wieku i przebytych chorób, obecnie nie odczuwam żadnych tego typu objawów.
Spotykam się natomiast z dość częstym narzekaniem na złe samopoczucie, właśnie na wiosnę, pacjentów jadających mięso. Samopoczucie obniża się, gdy zaczynają oni jadać więcej jarzyn. Jest to dla organizmu moment na odtruwanie się, na zrzucenie toksyn, które nagromadziły się w tkance tłuszczowej czy w kościach - w tkankach magazynowych organizmu. Toksyny te zaczynają uwalniać się i następuje samozatrucie organizmu. Niekiedy trudno jest wytłumaczyć pacjentom, że objawy, które ich spotykają, nie są efektem niedoboru białka z powodu jedzenia mniejszej ilości mięsa, ale że są to objawy zatrucia własnymi toksynami.

- Które z dostępnych ziół możemy skubnąć sobie z lasu czy z łąki bez obawy, że nam zaszkodzą? 

- Dla dobrego samopoczucia można sobie na przykład, gdy kwitną stokrotki, skubnąć z łąki trochę kwiatków. W kwiatach stokrotki jest sporo litu, pierwiastka, który warunkuje w organizmie równowagę psychiczną. Jego niedobór może powodować różnego rodzaju niedomagania i choroby psychiczne. Tak więc stokrotki na pewno nam nie zaszkodzą. Można też podjeść kwiatu bzu czarnego, w przypadku przeziębienia czy innych dolegliwości ze strony układu oddechowego. Kwiatki bzu mają działanie wykrztuśne i moczopędne, pomocne są w oczyszczaniu się organizmu na wiosnę. Dobrze zrobią nam także chabry czyli modraczki rosnące w zbożu, które również mają właściwości lecznicze. Wspomagają samooczyszczanie się organizmu, a ze względu na niebieski barwnik, mają działanie odtruwające. Najwięcej jednak można zjeść kwiatu akacji, który jest pyszny w smaku. Ma dużo substancji śluzowych i łatwo przyswajalne cukry - ułatwia procesy trawienne, oczyszcza jelita. Jeśli ktoś poczuje się głodny na wycieczce w lesie może śmiało posilić się kwiatem akacji, albo potem w domu zrobić sobie ciasto z kwiatkami. Oczywiście wszystkie z tych ziół można suszyć na zimę i sporządzać z nich wspaniałe herbatki.

- Czy żucie gumy to bardzo zły nawyk? 

- Ciągłe żucie tego typu substancji jest bardzo niekorzystne dla organizmu, albowiem pobudza produkcję się śliny. A ślina powinna być produkowana tylko wtedy, gdy jest potrzebna do procesu trawienia. ¦lina powstająca podczas żucia zalewa żołądek i neutralizuje kwasy żołądkowe, pobudzając żołądek do ciągłej produkcji soków żołądkowych.

- Zajmuje się pani doktor diagnozowaniem na podstawie analizy pierwiastków. Czy fluor dodawany do past do zębów, a także fluorowanie dzieciom zębów w szkołach i przedszkolach są potrzebne? 

- Fluor jest potrzebny w organizmie, ale w bardzo niewielkich - śladowych ilościach. Obecnie w naszym środowisku jest go aż nadto. Jest obecny w nawozach sztucznych, a więc przenika do żywności uprawianej z udziałem tych nawozów, jest go także sporo w pewnych regionach kraju w wodzie pitnej. Uważam, że propagowanie go w dzisiejszych czasach jest niezgodne z zapotrzebowaniem organizmu. Obserwuje się u coraz większej ilości dzieci zatrucie fluorem objawiające się złym samopoczuciem dziecka i szarymi plamami na szkliwie zębów. Fluor jest mutagenem, czyli może powodować zmiany genetyczne, a także jego nadmiar w organizmie niszczy stawy. Przeprowadzono szereg badań na Śląskiej Akademii Medycznej, z których wynika, że dzieci nie mają niedoborów fluoru, a wręcz przeciwnie wiele z nich ma nadmiar fluoru w organizmie. Wniosek uczonych płynący z tych długoletnich badań jednoznacznie mówiący, że powinno się zaprzestać fluoryzacji i zabronić produkcji i importu do Polski past z fluorem, jakoś nie może "przebić się" do odpowiednich władz w kraju.

- Czy późne kładzenie się spać i co za tym idzie późne wstawanie mogą mieć niekorzystny wpływ na organizm? 

- Człowiek jest zależny od światła. Jest stworzeniem wykazującym aktywność w ciągu dnia, a odpoczywających w czasie nocy. Sztuczne światło może przedłużyć jego dzienną aktywność. Nie powinno jednak zastępować światła słonecznego. ¦wiatło oddziaływa na szyszynkę, więc człowiek jest bardziej aktywny w dni słoneczne i w ciągu dnia, gdy światła jest więcej. Gdy ktoś siedzi dużo w zamkniętych pomieszczeniach najpierw w pracy, a później w domu i rzadko przebywa na świeżym powietrzu i na słońcu, wówczas często jest ospały, źle się czuje itp. Taki tryb życia również może prowadzić do wielu dysfunkcji.

- W książkach do nauki biochemii, z której uczą się studenci, jest powiedziane, że człowiek w około trzecim roku życia traci enzymy potrzebne do trawienia mleka, ale lekarze zalecają picie dużych ilości mleka. Ci sami adepci z różnych książek uczą się sprzecznych ze sobą rzeczy? 

- Myślę, że w rozwoju nauki pora na rozpoczęcie nowego etapu - scalania wszelkich osiągnięć różnych dyscyplin nauki. Współczesny świat jest obecnie w wielkim chaosie. Z tego chaosu płynie dla nas wielkie zagrożenie. Wiedza w rękach ludzi nieodpowiedzialnych jest niebezpieczna.

- Przykładem może tu być rolnictwo. Aby zwiększyć plony zatruwa się ziemię chemicznymi związkami, które powodują potrzebę stosowania coraz to bardziej niebezpiecznych następnych chemikalii. Później przeznacza się wielkie nakłady na kontrolowanie tej żywności, czy nie jest trująca, a także na leczenie osób, którym ta żywność zaszkodziła. Wszystkim zaś - czyli nam konsumentom wmawia się, że nie można inaczej, że tak powinno być. Efekt jest taki, że bardziej światła część społeczeństwa kupuje w sklepach ze "zdrową żywnością" lub sama uprawia warzywa na własne potrzeby. Nie jest to wszak normalną sytuacją, jeśli ja boję się kupić pomidory, czy marchewkę w sklepie, a nie ma chyba osoby, która by nie doświadczyła kiedykolwiek zatrucia po zjedzeniu owoców lub warzyw ze straganu.
- Jest tak wiele wiedzy szczegółowej, a nie ma integracji. Worek z wiedzą jest tak olbrzymi, że można w nim znaleźć wiele udowodnionych, ale i sprzecznych ze sobą teorii. Niektóre nauki tak bardzo rozczłonowały swoją wiedzę na specjalizacje, że wyalienowały się częściowo z życia. Medycyna jest tu także przykładem. A człowiek jest całością. Ciało-duch to jednia. Jeśli źle się odżywia to cierpi na tym także jego duch, jeśli jest niezadowolony ze swojego życia, zestresowany w pracy, samotny to choruje nie tylko psychika ale także całe ciało. Udowodniono ponad wszelką wątpliwość związek pomiędzy samotnością a zachorowaniem na nowotwór. Dopiero powiązanie tego wszystkiego może dać dobre wyniki.



Autor: Agnieszka Olędzka




Zródło Tu



piątek, 8 marca 2013

"Surowy weganizm wyleczył mnie z artretyzmu"

Jeżeli ktoś nie wierzy, że można wyleczyć RZS stosując tylko odpowiednie żywienie, niech zaobserwuje dłonie Jatinder na filmie umieszczonym na końcu artykułu. Powyginane i zniekształcone przez zaawansowaną chorobę, ale już nie bolące i sprawne. Sama Jatinder porusza się jak gazela i nie widać wcale, że kiedyś tak bardzo cierpiała i była niesprawna.

Sama chora na RZS - tę samą chorobę co Jatinder - czytałam z wypiekami na twarzy, prawie nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Po obejrzeniu tego filmu uwierzyłam, tak już do końca, że mogę mieć wpływ na moją chorobę, że nie muszę być zdana całkowicie na lekarzy i leki, które zatruwają mój organizm, że mogę wziąć zdrowie we własne ręce i nie jest tak beznadziejnie jak myślałam.

Poniżej tłumaczenie ciekawego artykuł na temat wpływu surowej diety na bóle artretyczne oraz szkodliwego wpływu szczepień na dzieci i młodzież.  Raw Food Diet Has Cured My Arthritis (By Claire Collins) 



Kiedy rodzina Daniels'ów gromadzi się wokół stołu obiadowego, scena wydaje się bardzo typowa. Wieczorny posiłek z bliskimi, czas na wspólne jedzenie i rozmowę.
Ale jest jedna istotna różnica. Mama Jatinder, mąż Derek i trójka dzieci, Raman, 17, Priyanka, 13 i 7-letni Mohan odżywiają się żywnością surową. Uważają oni, że ta niezwykła dieta uratowała życie Jatinder i zmieniła los całej rodziny."W wieku 16 lat zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów i lekarze powiedzieli, że moja przyszłość nie wygląda dobrze." -mówi Jatinder, zdrowa 45-latka."Powiedzieli mi, że jeszcze jako nastolatka mogę skończyć na wózku inwalidzkim, że będę znosić różne stopnie ciągłego bólu przez resztę mojego życia, a ze względu na agresywne leki, może nie będę w stanie mieć dzieci. To było jak wyrok śmierci.Ale spójrzcie na mnie teraz! Jestem mamą trójki, doskonale mogę się poruszać i nie znoszę agonii, jakiej doświadczałam przez wiele lat. A to wszystko zawdzięczam mojej surowej żywności i nisko toksycznemu stylowi życia."Nastoletnie lata Jatinder w Nottingham przepełnione były frustracją i niepewnością z powodu sztywności w stawach i bólu po niekończących się testach, kiedy została zdiagnozowana."Byłam zdrowa do 13 roku życia, zanim w szkole zaszczepiono mnie przeciwko różyczce." - wspomina Jatinder."Za raz po szczepieniu moje zdrowie raptownie się pogorszyło. Nagle w ogóle nie mogłam uprawiać sportu. Byłam ciągle zmęczona i regularnie w ciężkim bólu.Były dni, kiedy nie mogłam chodzić, ani ubrać się, ani wykąpać. Czasami moja szczęka była tak sztywna, że nie mogłam nic jeść, niekiedy tylko zupę. Przez 6 miesięcy Jatinder chodziła raz w tygodniu do szpitala na zastrzyki w stawy, jednak artretyzm się pogarszał, a stawy dłoni i kolan zaczęły się deformować. Ogarnęły ją ciemne myśli.Wspomina: "Zastrzyki nie przynosiły natychmiastowej ulgi i czułam samotność, gniew i żal. Starałam się zrobić maturę, ale nie mogłam nawet unieść moich książek...Mój stan pogarszał się w czasie zimy. Zimny wiatr przewiewał moje kości i to była agonia.Wpadłam w głęboką depresję. (…)"Pomimo ciągłego bólu, Jatinder postanowiła żyć normalnie i w wieku 21 lat pojechała do Londynu, by studiować informatykę.
"Kiedy wstąpiłam na uniwersytet, już powinnam była chodzić o lasce, ale nie używałam jej, z powodu własnej dumy. Czułam się słaba, ale postanowiłam, że będę niezależna."Derek, 43-letni programista komputerowy, pamięta trudności, z jakimi borykała się jego przyszła żona, kiedy spotkali się na studiach.Wspomina: "Czuła ból, kiedy szła dłużej niż pięć minut. Byłem bezradny i rozpaczliwie chciałem ulżyć jej cierpieniu.Było dla nas jasne, że leki przeciwzapalne, które brała, przynosiły małą korzyść. W rzeczywistości, efekty uboczne, takie jak wrzody żołądka i oślepiające bóle głowy, sprawiały, że czuła się gorzej. W pełni poparłem jej decyzję o odstawieniu ich pięć lat później."Pobrali się rok po tym, jak przestała brać leki i Jatinder postanowiła dojść do ołtarza samodzielnie.Wspomina: "Dni, w których nie mogłam w ogóle chodzić, było coraz więcej i kulałam coraz częściej. Ale w żadnym wypadku nie mogłam pozwolić na to, aby moja choroba przeszkodziła mi mieć idealny ślub. Zablokowałam ból, podniosłam głowę i powoli podeszłam do mojego przyszłego męża. To było bardzo emocjonalne."Jatinder i Derek zamieszkali w Londynie i Raman urodził się rok później. Ale małe dziecko oznaczało nowe trudności dla Jatinder.Wyjaśnia: "Lekarze ostrzegali, że będę mieć trudności z poczęciem z powodu lekarstw, jakie zażywałam, więc Raman był wyjątkowy, ale opieka nad nim była największym wyzwaniem w moim życiu. Normalne obowiązki, które dla nowych mam są zwyczajne, jak kąpanie dziecka, były dla mnie jak wspinanie się na górę. Ale nie miałam innego wyboru, jak tylko sobie z tym jakoś radzić."

Ich drugie dziecko Priyanka urodziło się cztery lata później i w wieku 8 tygodni zachorowało na przewlekłą egzemę i astmę. Brak snu i stres spowodowały pogorszenie stanu Jatinder.

Mówi o tym tak: "Zaczęłam myśleć, że już nie dam rady. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że dożyję 40-tych urodzin, i szczerze mówiąc, w jakimś sensie nie chciałam, jeśli miałam dalej żyć w ciągłym bólu. Uważałam, że będzie coraz gorzej."
To właśnie w tym mrocznym okresie Derek odkrył dzięki internetowi styl życia oparty na surowej żywności.
Czytał twierdzenia, że z natury powinniśmy jeść surowe jedzenie, i że nienaturalne jest spożywanie gotowanych lub przetworzonych pokarmów.
Jatinder wyjaśnia: "Długoterminowe spożywanie przetworzonej żywności doprowadzi do zatrucia lub toksemii - tzn. że organizm zostanie przeciążony trucizną.
Te szkodliwe toksyny znajdują się wszędzie - w naszym otoczeniu, w oczyszczanej wodzie, w nieekologicznych owocach i warzywach oraz w żywności gotowanej.
Ludzie będący na surowej diecie uważają, że takie choroby jak rak, cukrzyca i artretyzm są często wynikiem zatrucia organizmu i można im zapobiegać lub znacznie ulżyć za pomocą surowej diety."
Jatinder mówi, że już dawno rozumiała wpływ żywności na zdrowie, ale pomysł jedzenia tylko surowej żywności wydawał się niemożliwy.
"Przestałam jeść pszenicę dużo lat wcześniej, bo zauważyłam, że mąka pszenna powodowała zaognienie stawów, a rok wcześniej zostałam weganką z podobnych powodów." - mówi.
"Nie byłam jeszcze na wózku inwalidzkim właśnie dzięki mojej diecie i generalnie pozytywnemu nastawieniu. Wierzyłam, że żywność może mieć cudowny wpływ na zdrowie, ale nie wierzyłam, że mogę podjąć tak drastyczne kroki."
Kiedy Jatinder zaszła w ciążę z najmłodszym synem Mohanem w wieku 37 lat, wiedziała, że musi zrobić coś, by poprawić swoje zdrowie.
Tak więc, w drugim miesiącu ciąży zmieniła dietę na 100 procentowo surową - na jeden tydzień. Wspomina: "Miałam biegunkę, ale czułam korzyści i mniejszy ból. Wróciłam do 50 procent gotowanego - aż do następnego lata, kiedy cała rodzina zaczęła detoks".
Rodzina przeniosła się do Hiszpanii cztery lata temu, gdzie Jatinder jest konsultantką ds. surowej żywności. Mieszkają w pięknej górskiej wiosce na wybrzeżu Costa del Sol, a dzieci chodzą do miejscowej szkoły.
"Chcieliśmy, aby dzieci dorastały w naturalnym środowisku i wierzę, że słońce jest kolejnym kluczem do dobrego zdrowia." - mówi.
I cała rodzina twierdzi, że surowa dieta jest fajna i smaczna. "Teraz dzieci uwielbiają ją." - Jatinder śmieje się. - "Istnieje tyle różnych potraw. Robię ciastka, krakersy, słodycze i naprawdę smaczne desery.
Tak samo jak można nauczyć się gotować, można nauczyć się też "nie-gotować". (…)
"Odtrucie organizmu nie jest jedynie zwyczajnym jedzeniem surowej żywności - obejmuje ono świadomość swojego środowiska.
To oznacza zmianę żelu do włosów, pasty do zębów, środków chemicznych używanych do czyszczenia domu, nie używanie chlorowanej wody z kranu - nawet zmianę wzorców negatywnego myślenia. To wszystko wprowadza do naszego organizmu toksyny."
Po 12 miesiącach jedzenia surowej żywności, artretyzm w pełni ustąpił. Jatinder uśmiecha się skromnie: "Teraz mogę chodzić i jeździć na rowerze kilometrami, przygotowywać wspaniałe posiłki i opiekować się moją rodziną. I nic mnie nie boli.
Wszyscy jesteśmy o wiele zdrowsi. Ani ja ani Mohan nie byliśmy jeszcze u lekarza, odkąd on się urodził.
Nie wierzę, że lekarz będzie mnie już leczył na mój artretyzm. Sama się teraz leczę.
(…)







Przedruk ze strony:

Czy można wyleczyć cukrzycę?

Czy cukrzyca jest rzeczywiście chorobą nieuleczalną? Współczesna medycyna nie zna sposobu jej leczenia, 
proponując pacjentom codzienne zastrzyki insuliny przez resztę życia. 
Tymczasem film przedstawia sześcioro ochotników, których zaproszono do centrum terapii naturalnej w Arizonie na 30 dni. Tyle właśnie trwa program leczenia cukrzycy wyłącznie za pomocą diety. Diety stricte wegańskiej, gdzie spożywanego jedzenia nie poddaje się obróbce termicznej powyżej 50 st.C. a spożywane warzywa, owoce, orzechy i kiełki pochodzą z upraw ekologicznych. Oto cała tajemnica leczenia cukrzycy.
Poznajemy losy sześciu osób, z których dwójka ma cukrzycę Typu I, pozostali Typ II. Większość z nich już po 24 godzinach kuracji zaprzestaje brania insuliny oraz przyjmowania jakichkolwiek dodatkowych leków. Obserwujemy postępy w leczeniu, pojawiające się problemy i zachodzącą transformację. Inspirujący dokument.




Po Prostu Na Surowo - Cofanie Cukrzycy w 30 Dni 1/9


Cz.1


Film składa się z 9 części. Następne pojawiają się po zakończeniu poprzedniej.