środa, 13 marca 2013

Zrozumieć swoje miejsce na ziemi...

" Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby"*
-Hipokrates


Z doktor Czesławą Kamińską-Komańską - leczącą naturalnymi metodami witarianką - rozmawia Agnieszka Olędzka 


Pani doktor zajmuje się naturalnym leczeniem od lat. Opracowała własne metody diagnozowania pacjentów posługując się analizą mineralną włosów. Jako środki lecznicze zaleca odpowiednio skomponowaną zdrową dietę, a w przypadku niedomagań organizmu stosuje dobrane przez siebie lecznicze mieszanki z ziół.

Uważa, że żołądek nie jest śmietnikiem do którego można wrzucić wszystko, a także, że najważniejsza jest równowaga w organizmie. Można ją osiągnąć i utrzymać poprzez stosowanie właściwie dobranych przypraw i ziół. 

Za najzdrowszy pokarm uważa surowe owoce i warzywa. Temperatura niszczy wiele potrzebnych witamin i minerałów, białka podlegają denaturacji i nie są już dostępne dla organizmu. Dlatego należy jeść "żywy" pokarm, a nie "martwy", no i pamiętać o przyprawach.
W swoim osobistym rozwoju zatrzymała się na witarianizmie. 
Żartując - ale jest w tym wielka "dawka" prawdy mówi - żeby uważać, aby nie paść ofiarą błędu drukarskiego i autorytetu.

- Jak to się stało, że Pani - specjalista anestezjolog, zaczęła interesować się dietą i naturalnymi metodami leczenia? 

- Zaczęło się - jak to pewnie zwykle bywa - od osobistych kłopotów ze zdrowiem. Zaczęłam odczuwać bóle wątroby, budziłam się w nocy i wiedziałam, gdzie mam pęcherzyk żółciowy. Wtedy to, bojąc się operacji, zaczęłam szukać innych metod. Zaczęłam od ziół i od ustawienia sobie diety eliminującej niektóre pokarmy. Ale, obserwując pacjentów, którzy byli bardziej niż ja zaawansowani w tego typu chorobach, miałam pewne wątpliwości co do powodzenia leczenia. Zobaczyłam, że pacjenci poprzez eliminację z diety kolejnych produktów, dochodzili nie do wyleczenia, ale do takiej sytuacji, że nawet po zjedzeniu suchej bułki miewali napady kolki wątrobowej. Zrozumiałam, że mój los przedstawia się marnie i lepiej będzie poszukać innych dróg. Zaczęłam od czytania literatury na temat leczenia ziołami. Piłam zioła. Wyeliminowałam wówczas ze swojej diety mięso, gdyż zauważyłam, że właśnie ono najbardziej obciąża mój przewód pokarmowy. Zaczęłam jadać coraz więcej surowych warzyw i owoców wbrew obiegowym "prawdom", że szkodzą one w przypadku niedomagania wątroby. Powoli zmieniałam dietę i zdrowiałam.

- I tak doszła Pani do witarianizmu... 

- Ta dieta mi bardzo służy. Człowiek ewolucyjnie jest przecież owocożerny. Nasz przewód pokarmowy najbardziej zbliżony jest anatomicznie do przewodu pokarmowego małp owocożernych. Jest zaprogramowany na odżywianie się owocami. Stało się jednak tak, że w odległych dziejowo czasach, ludzie rozpoczęli swój exodus z miejsc ciepłych, dających owocowe pożywienie przez cały rok, do miejsc chłodnych, takich jak na przykład nasza Europa, gdzie owoce występują tylko przez pewną część roku. Gdy zabrakło owoców, człowiek zaczął przystosowywać inne dostępne mu produkty. Ale, tak naprawdę, dopiero zdobycie umiejętności korzystania z ognia pozwoliło ludziom na korzystanie z innych pokarmów, które wcześniej na surowo były niejadalne. I tak człowiek zaczął odżywiać się niezgodnie ze swoim gatunkiem.
Należy uczyć się od Natury. Zwierzęta przebywające na wolności jedzą zawsze zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie mieszają pokarmów, na ogół jedzą monotematycznie - cały czas ten sam rodzaj pokarmu i nie martwią się o niedobory żywieniowe, jedzą wcale nie tak dużo w porównaniu ze swoją wagą ciała i nie tak często i regularnie. Jedzą intuicyjnie wybierając taki pokarm, jaki przygotowała dla nich Matka-Natura. Człowiek jedzący zdrowy pokarm, nie mieszający zbytnio składników również po pewnym czasie nabiera intuicji, co jadać, aby organizm funkcjonował w zdrowiu.

- Który z czynników mających wpływ na nasze zdrowie uważa Pani za ważny? 

- Hipokrates powiedział: pokarm jest również lekarstwem. Ale może być także trucizną. Niektóre pokarmy mają zdolność unieczynniania pewnych enzymów trawiennych i po zjedzeniu źle skomponowanego posiłku przewód pokarmowy nie może sobie poradzić ze strawieniem takiej mieszanki. Można zneutralizować te substancje dodając do potraw przypraw. Na przykład: jabłka, które są tak powszechnie zalecane, zawierają substancje unieczynniające enzymy trzustkowe, dlatego wiele osób, a szczególnie ci, którzy cierpią na dysfunkcje wątroby, mają po zjedzeniu jabłek wzdęcia i nieprzyjemne doznania. Dlatego też do tych owoców kuchnie z tradycjami, oparte na wieloletnich obserwacjach, dodają odpowiednich przypraw, w przypadku jabłek, na przykład goździków czy cynamonu.

- W pewnym momencie mojego życia nałogowo zaczęłam żuć goździki. Widocznie były one potrzebne do czegoś mojemu organizmowi...? 

- Do aktywacji enzymów trzustkowych. Często nie trzeba mieć znajomości ziół i ich działania na organizm. Sam organizm domaga się określonych przypraw.

- Przyprawy najczęściej dodajemy automatycznie, nie myślimy o tym, że mają jakieś określone funkcje do spełnienia w przewodzie pokarmowym. 

- Zioła przyprawowe mają właściwości lecznicze - ułatwiają przebieg procesów trawiennych. Aby ułatwić pracę przewodowi pokarmowemu należy znać pewne zasady: na przykład tę, że do potraw mącznych, makaronów, klusek, ryżu powinno się dodawać chociaż szczyptę gałki muszkatołowej. Potrawy te nie są wówczas już tak ciężkostrawne - trawienie ich przebiega znacznie lepiej. Mizeria, czy ogórki w innej postaci nie będą powodować wzdęć i nieprzyjemnych objawów, jeżeli przyjmiemy za regułę, że musi się przy nich znaleźć zielony koperek. Do ziemniaków także dobrze jest dodać koperku lub już przy gotowaniu czy pieczeniu można dodać nasion koperku lub kminku. Do kapusty także powinniśmy dodawać koper lub kminek. Do strączkowych - majeranek, kminek, hyzop, cząber, estragon.
Ważny jest także dobór pokarmów w jednym posiłku. Niewłaściwe połączenia pokarmów blokują wydzielanie się niezbędnych do procesu trawienia enzymów, na przykład: trzustkowych. Zbytnie pomieszanie różnorodnych pokarmów: białkowych, skrobiowych, owoców itd. w jednym posiłku powoduje "dezorientację" właśnie tych organów, które są odpowiedzialne za wydzielanie określonych substancji służących trawieniu. Wątroba nie mogąc ustalić, jakie pokarmy ma trawić, nie wydziela żadnych substancji. W efekcie bez jej udziału przewód pokarmowy nie może strawić danego pożywienia i usiłuje się go jak najprędzej pozbyć. Sygnalizuje to wzdęciem, które jest szczątkowym odruchem wymiotnym, który pozostał nam z niemowlęctwa. Wzdęcia właśnie są odruchem organizmu na zły zestaw pokarmów trafiający do żołądka lub na przejedzenie się. Dzieci po przejedzeniu się lub po złym zestawie posiłków naturalnie reagują wymiotami. Natomiast dorośli nie reagują wymiotami, ale ich szczątkową formą czyli wzdęciem. I ten sygnał należy odbierać właśnie jako ostrzeżenie przed złym zestawem pokarmów. Jeśli nie wystąpią wymioty to pokarm zaczyna fermentować lub trawiony jest niezgodnie ze swoim przeznaczeniem. W jelitach zasiedlają się inne rodzaje bakterii lub grzyby wspomagające trawienie, niekoniecznie korzystne dla całości procesu. Trawienie zaczyna przebiegać zupełnie nie tak jak powinno. Często też w efekcie niewłaściwego procesu trawienia powstają toksyny wydzielane przez bakterie lub grzyby. Toksyny zatruwają organizm i nie pozwalają na zagnieżdżenie się właściwej flory bakteryjnej. Procesy gnilne, które toczą się w jelitach nie służą organizmowi, tylko wynikają z potrzeb bakterii i grzybów, które się tam zasiedliły.

- Czy pieprz czarny i inne ostre przyprawy takie jak papryka, czosnek są dla wegetarian dobre? 

- Trzeba zawsze pamiętać, że żywność ma być dla nas lekarstwem, tak jak mawiał Hipokrates. W medycynie znana jest teoria dawki leczniczej i toksycznej. Ta sama substancja w małych ilościach może być dla organizmu niezbędna lub lecznicza, a w dużych dawkach toksyczna czy nawet śmiertelna. To samo dotyczy żywności. Pieprz i inne ostre przyprawy dobrze jest stosować - oczywiście z umiarem - w zimie, czy przy potrawach smażonych i ciężkostrawnych.

- Wiele osób, które przechodzą na wegetarianizm, obawiając się niedoborów białka, o których tak wiele się mówi, "zastępuje" mięso nabiałem. W efekcie zjadają duże ilości sera, jaj i mleka. 
- Mięsa po przejściu na jarstwo nie należy "zastępować" niczym. Białka jest wystarczająco dużo w naszej diecie. Jest ono przecież i w kaszach i w jarzynach i w każdym niemalże produkcie spożywczym.
Natomiast mleko i jego produkty nie są dla nas wskazane. Działają silnie kwasotwórczo przynosząc szkodę organizmowi w zakresie gospodarki wapniowo-magnezowej. Mleko jest ze wszystkich znanych produktów najbardziej śluzotwórczym produktem. Nie powinny go pić, przede wszystkim, dzieci alergiczne, chorzy na cukrzycę, astmę, czy mający kłopoty z jelitami. Zdrowe osoby powinny pamiętać, że organizm posiada zdolności kompensacyjne jednakże do pewnego czasu, później nie dając sobie rady, reaguje różnymi dysfunkcjami.
Człowiek powinien zrozumieć swoje miejsce na ziemi. Jest jednym ze ssaków zamieszkujących planetę i podlega tym samym prawom co inni przedstawiciele gatunku ssaków. Samice mają mleko dla swoich niemowląt, tylko do pewnego czasu. Gdy potomstwo zdolne jest już do odżywiania się pokarmem przeznaczonym przez Naturę na pokarm dla danego gatunku, wówczas samica traci mleko i niemowlę zaczyna odżywiać się zgodnie ze swoim zaprogramowanym kodem. Człowiek stanowi wyjątek. Pije mleko samic obcego gatunku i to nie tylko w czasie niemowlęctwa, ale przez całe życie. Jest to w pewnym sensie pogwałceniem praw Natury. 

- Utarło się już określenie: "zmęczenie wiosenne" za które lekarze winią niedobór witamin i minerałów spowodowany brakiem świeżych owoców i warzyw w czasie zimy, 

- Ja to oceniam inaczej. Większość osób, które jadają mięso, a także i wegetarianie, którzy jadają duże ilości nabiału, gdy przychodzi wiosna zaczynają zmieniać swój zwyczajowy jadłospis i zjadać duże ilości nowalijek. Na taką zmianę w odżywianiu organizm reaguje rozpoczęciem wiosennego procesu odtruwania się. W czasie tego procesu usuwane z tkanek toksyny uwalniają się do krwioobiegu. Aby proces przebiegał sprawnie i toksyny zostały wyrzucone, organizm musi dostarczyć wapnia i magnezu. Jeśli pierwiastki te nie są dostarczane w wystarczającej ilości z dietą, albo jeśli w diecie znajduje się także cukier lub nabiał, czyli "złodzieje" wapnia i magnezu, wówczas mogą wystąpić niedobory tych pierwiastków. Manifestuje się to właśnie zmęczeniem, ospałością. Są to jednak objawy związane z odtruwaniem się organizmu, a nie tak jak jest to obecnie interpretowane - "zmęczenie wiosenne".

- Wynika z tego, że wegetarianie czy weganie odżywiający się zdrowo nie powinni miewać wiosną takich objawów. 

- Oczywiście. Ja na przykład, pomimo swojego wieku i przebytych chorób, obecnie nie odczuwam żadnych tego typu objawów.
Spotykam się natomiast z dość częstym narzekaniem na złe samopoczucie, właśnie na wiosnę, pacjentów jadających mięso. Samopoczucie obniża się, gdy zaczynają oni jadać więcej jarzyn. Jest to dla organizmu moment na odtruwanie się, na zrzucenie toksyn, które nagromadziły się w tkance tłuszczowej czy w kościach - w tkankach magazynowych organizmu. Toksyny te zaczynają uwalniać się i następuje samozatrucie organizmu. Niekiedy trudno jest wytłumaczyć pacjentom, że objawy, które ich spotykają, nie są efektem niedoboru białka z powodu jedzenia mniejszej ilości mięsa, ale że są to objawy zatrucia własnymi toksynami.

- Które z dostępnych ziół możemy skubnąć sobie z lasu czy z łąki bez obawy, że nam zaszkodzą? 

- Dla dobrego samopoczucia można sobie na przykład, gdy kwitną stokrotki, skubnąć z łąki trochę kwiatków. W kwiatach stokrotki jest sporo litu, pierwiastka, który warunkuje w organizmie równowagę psychiczną. Jego niedobór może powodować różnego rodzaju niedomagania i choroby psychiczne. Tak więc stokrotki na pewno nam nie zaszkodzą. Można też podjeść kwiatu bzu czarnego, w przypadku przeziębienia czy innych dolegliwości ze strony układu oddechowego. Kwiatki bzu mają działanie wykrztuśne i moczopędne, pomocne są w oczyszczaniu się organizmu na wiosnę. Dobrze zrobią nam także chabry czyli modraczki rosnące w zbożu, które również mają właściwości lecznicze. Wspomagają samooczyszczanie się organizmu, a ze względu na niebieski barwnik, mają działanie odtruwające. Najwięcej jednak można zjeść kwiatu akacji, który jest pyszny w smaku. Ma dużo substancji śluzowych i łatwo przyswajalne cukry - ułatwia procesy trawienne, oczyszcza jelita. Jeśli ktoś poczuje się głodny na wycieczce w lesie może śmiało posilić się kwiatem akacji, albo potem w domu zrobić sobie ciasto z kwiatkami. Oczywiście wszystkie z tych ziół można suszyć na zimę i sporządzać z nich wspaniałe herbatki.

- Czy żucie gumy to bardzo zły nawyk? 

- Ciągłe żucie tego typu substancji jest bardzo niekorzystne dla organizmu, albowiem pobudza produkcję się śliny. A ślina powinna być produkowana tylko wtedy, gdy jest potrzebna do procesu trawienia. ¦lina powstająca podczas żucia zalewa żołądek i neutralizuje kwasy żołądkowe, pobudzając żołądek do ciągłej produkcji soków żołądkowych.

- Zajmuje się pani doktor diagnozowaniem na podstawie analizy pierwiastków. Czy fluor dodawany do past do zębów, a także fluorowanie dzieciom zębów w szkołach i przedszkolach są potrzebne? 

- Fluor jest potrzebny w organizmie, ale w bardzo niewielkich - śladowych ilościach. Obecnie w naszym środowisku jest go aż nadto. Jest obecny w nawozach sztucznych, a więc przenika do żywności uprawianej z udziałem tych nawozów, jest go także sporo w pewnych regionach kraju w wodzie pitnej. Uważam, że propagowanie go w dzisiejszych czasach jest niezgodne z zapotrzebowaniem organizmu. Obserwuje się u coraz większej ilości dzieci zatrucie fluorem objawiające się złym samopoczuciem dziecka i szarymi plamami na szkliwie zębów. Fluor jest mutagenem, czyli może powodować zmiany genetyczne, a także jego nadmiar w organizmie niszczy stawy. Przeprowadzono szereg badań na Śląskiej Akademii Medycznej, z których wynika, że dzieci nie mają niedoborów fluoru, a wręcz przeciwnie wiele z nich ma nadmiar fluoru w organizmie. Wniosek uczonych płynący z tych długoletnich badań jednoznacznie mówiący, że powinno się zaprzestać fluoryzacji i zabronić produkcji i importu do Polski past z fluorem, jakoś nie może "przebić się" do odpowiednich władz w kraju.

- Czy późne kładzenie się spać i co za tym idzie późne wstawanie mogą mieć niekorzystny wpływ na organizm? 

- Człowiek jest zależny od światła. Jest stworzeniem wykazującym aktywność w ciągu dnia, a odpoczywających w czasie nocy. Sztuczne światło może przedłużyć jego dzienną aktywność. Nie powinno jednak zastępować światła słonecznego. ¦wiatło oddziaływa na szyszynkę, więc człowiek jest bardziej aktywny w dni słoneczne i w ciągu dnia, gdy światła jest więcej. Gdy ktoś siedzi dużo w zamkniętych pomieszczeniach najpierw w pracy, a później w domu i rzadko przebywa na świeżym powietrzu i na słońcu, wówczas często jest ospały, źle się czuje itp. Taki tryb życia również może prowadzić do wielu dysfunkcji.

- W książkach do nauki biochemii, z której uczą się studenci, jest powiedziane, że człowiek w około trzecim roku życia traci enzymy potrzebne do trawienia mleka, ale lekarze zalecają picie dużych ilości mleka. Ci sami adepci z różnych książek uczą się sprzecznych ze sobą rzeczy? 

- Myślę, że w rozwoju nauki pora na rozpoczęcie nowego etapu - scalania wszelkich osiągnięć różnych dyscyplin nauki. Współczesny świat jest obecnie w wielkim chaosie. Z tego chaosu płynie dla nas wielkie zagrożenie. Wiedza w rękach ludzi nieodpowiedzialnych jest niebezpieczna.

- Przykładem może tu być rolnictwo. Aby zwiększyć plony zatruwa się ziemię chemicznymi związkami, które powodują potrzebę stosowania coraz to bardziej niebezpiecznych następnych chemikalii. Później przeznacza się wielkie nakłady na kontrolowanie tej żywności, czy nie jest trująca, a także na leczenie osób, którym ta żywność zaszkodziła. Wszystkim zaś - czyli nam konsumentom wmawia się, że nie można inaczej, że tak powinno być. Efekt jest taki, że bardziej światła część społeczeństwa kupuje w sklepach ze "zdrową żywnością" lub sama uprawia warzywa na własne potrzeby. Nie jest to wszak normalną sytuacją, jeśli ja boję się kupić pomidory, czy marchewkę w sklepie, a nie ma chyba osoby, która by nie doświadczyła kiedykolwiek zatrucia po zjedzeniu owoców lub warzyw ze straganu.
- Jest tak wiele wiedzy szczegółowej, a nie ma integracji. Worek z wiedzą jest tak olbrzymi, że można w nim znaleźć wiele udowodnionych, ale i sprzecznych ze sobą teorii. Niektóre nauki tak bardzo rozczłonowały swoją wiedzę na specjalizacje, że wyalienowały się częściowo z życia. Medycyna jest tu także przykładem. A człowiek jest całością. Ciało-duch to jednia. Jeśli źle się odżywia to cierpi na tym także jego duch, jeśli jest niezadowolony ze swojego życia, zestresowany w pracy, samotny to choruje nie tylko psychika ale także całe ciało. Udowodniono ponad wszelką wątpliwość związek pomiędzy samotnością a zachorowaniem na nowotwór. Dopiero powiązanie tego wszystkiego może dać dobre wyniki.



Autor: Agnieszka Olędzka




Zródło Tu



wtorek, 12 marca 2013

Historia mojej choroby

"Medycyna przynosi często pociechę, czasami łagodzi, rzadko uzdrawia"
- Hipokrates




Nie wiem czy komuś będzie się chciało to czytać, bo będzie długie ale chcę zapisać to dla siebie samej.

Pierwszymi symptomami mojej choroby były wczesnowiosenne 3-tygodniowe stany podgorączkowe, które jakoś dzielnie znosiłam, bo chociaż temperatura sięgała tylko ok.37,0 - 37,5 stopnia C, to po trzech tygodniach walki z niewiadomym przeciwnikiem mój organizm był dość wyczerpany. Nawet nie chodziłam z tym do lekarzy, bo dla nich taka temperatura to nie gorączka, szkoda było moich nerwów na użeranie się z lekarzami. Powtórzyło to się kilkakrotnie i zaniepokojona tym faktem poszłam dobrowolnie na prześwietlenie płuc. A wtedy prześwietlenia owe nie były już obowiązkowe ( niektórzy pewnie nie pamiętają nawet, że kiedyś prześwietlenia klatki piersiowej były obowiązkowe i coroczne :). Podejrzewałam u siebie "pewną" gruźlicę, jednak po odebraniu zdjęć rentgenowskich okazało się, na moje szczęście, że moje płuca są nieskazitelnie czyściutkie pomimo wieeeeloletniego palenia papierosów w ilości 20 sztuk dziennie. Mój mąż był zadziwiony tym faktem , bo według jego podejrzeń powinnam mieć już  dziury w płucach lub ewentualnie powinnam tych płuc już nie mieć wcale. Uznałam, że jestem zdrowa jak koń i przestałam sobie zawracać tym głowę. Dopiero po wielu latach i przeoraniu hektarów internetu dowiedziałam się, że to był pierwszy objaw RZS. No ale wtedy nawet najlepszy lekarz nie powiedziałby, że za kilka lat zachoruję na tą podstępną chorobę.

Był jeszcze incydent z lewym stawem barkowym. Ból, ograniczona ruchomość (nie mogłam sama zapiąć stanika), stan zapalny leczony już nie pamiętam czym. Trwało to pół roku, później staw powrócił do prawie normalnego stanu, nawet zapomniałam, że mnie bolał dopiero jak zachorowałam na RZS to sobie o tym przypomniałam.

Zdarzały mi się jeszcze powtarzające się kilka razy do roku grypy, 2-3 dniowe ale takie kładące mnie do łózka, bezsilną jak betka, przynajmniej na jeden dzień.

Przed Świętami Bożego Narodzenia w grudniu 2009 roku nad moim lewym obojczykiem (w dołku obojczykowym) pojawiła się mała opuchlizna. Nie bolało zupełnie ani nie było zaczerwienione tylko rosło z dnia na dzień coraz bardziej a razem z tym rósł mój strach. Jeszcze miałam cichą nadzieję, że samo się wchłonie, nie lubię łazić po lekarzach. Niestety kilka dni później moja siostra zwróciła uwagę na tą opuchliznę i pogoniła mnie do lekarza. Mąż miał znajomego świetnego diagnostę , do którego pojechaliśmy zrobić USG. Obejrzał sobie dokładnie moje wszystkie flaki, wykrył nawet jakiś piasek w nerce, ale w obojczyku nic ciekawego nie zobaczył. Stwierdził, że być może jakieś naczynie krwionośne przesiąka i daje objaw opuchlizny. Zalecił obserwację owego dziwnego zjawiska i nic więcej.  Jak już zaczęłam latać po lekarzach to już z rozpędu poleciałam do mojej pani doktor w przychodni domowej. To też na  szczęście nasza znajoma, potraktowała mnie więc dość wyjątkowo i poza kolejnością obadała razem z koleżanką doktorką w gabinecie obok aparatem USG. Panie badały mnie bardzo dokładnie bo owa koleżanka doktorka okazała się jakąś specjalistką od USG. Badanie nie wniosło nic ponad to, co już powiedział mi poprzedni lekarz. Czyli nic się nie zmieniło, opuchlizna pomalutku się powiększała, druga zaczęła pojawiać się w drugim zagłębieniu obojczyka a ja miałam spokojnie obserwować sobie te zmiany. Czułam się zaopiekowana , ale nie ustatysfakcjonowana, bo  wierzyłam w lekarzy i sądziłam naiwnie, że od razu powiedzą mi co mi dolega, zapiszą tabletki, dadzą zastrzyki jednym słowem zaczną leczyć. Niestety diagnozy nikt mi nie porafił podać. Byłoby nieźle , gdyby potrafili mi zagwarantować , że to co dzieje się z moim organizmem nie doprowadzi do czegoś nad czym za chwilę nikt nie zapanuje. Mam na myśli to, że obawiałam się, że konsumuje mnie już jakieś ukryte raczysko. Gdyby nie to, to nie martwiłabym się zanadto, chociaż nie podobało mi się, że znikły moje chude dołeczki w obojczykach, które całkiem mi się podobały.

W marcu 2010 roku zawiało mi szyję, każdy pewnie wie jakie są objawy. Nie można kręcić głową, bolą ścięgna, boli kark jakby ktoś noże wbijał. Wybierałam się na imprezę więc zawinęłam sobie szyję szalikiem. Po kilku dniach przeszło, ale za dwa tygodnie niespodzianka - powtórka z rozrywki  - zawianie szyi i następna impreza w szaliku. Pomału podkurowałam się Ketonalem.

Dzień przed Świętami Wielkanocnymi 2010 roku w trakcie najbardziej gorączkowych przygotowań świątecznych rozbolał mnie duży palec u lewej nogi (największy staw). Przez święta jakoś przebrnęłam , ale po świętach coraz bardziej mnie bolało i puchło. Staw stał się czerwony, zaogniony, spuchnięty a skóra napięta i błyszcząca. Poszłam do lekarki, która zaleciła środki przeciw zapalne. Niestety nic nie pomagały stan nogi pogarszał się powoli ale uporczywie. Ból był nie do zniesienia a w nocy był jeszcze gorszy. Noga stała się niezwykle tkliwa tak bardzo, że nawet kołdra położona z największą delikatnością drażniła mnie niemiłosiernie. Pani doktor zmieniała leki p.zapalne, zwiększała dawki niestety nic nie pomagało. Nie mogłam już chodzić na tą nogę, nawet nastąpić piętą. Nie mogłam spać w nocy z bólu, byłam chora i niewyspana co bardzo źle wpływało na moją psychikę. Pani doktor podejrzewając DNĘ moczanową skierowała mnie na badanie mocznika we krwi. Jakie było zdziwienie, kiedy się okazało, że mocznik w normie a to wykluczało DNĘ.  W międzyczasie poczułam jakieś mrowienie w dwóch stawach paliczkowych i w nadgarstku. Dwa stawy jeden we wskazującym palcu jednej ręki i drugi staw środkowego palca u drugiej zaczęły się dziwnie wyginać. Spytałam, czy mi się to wyprostuje.- Niestety nie,  Pani Doktor Domowa rozłożyła ręce i dała skierowanie do reumatologa.

Do Pani Doktor Reumatolog nie zdążyłam dotrzeć, ponieważ wcześniej tzn dokładnie dnia 05.05.2010 r o godz 6 nad ranem, leki p.zapalne wyrąbały mi dziurę na wylot w moim żołądku (perforacja żołądka)  a kwasy żołądkowe zaczęły wylewać się do otrzewnej powodując jej zapalenie i ból jakiego nie zapomnę do końca życia. Później któryś z lekarzy powiedział, że to jest jeden z najgorszych bóli jakie może przeżyć człowiek.  Moje własne kwasy żołądkowe trawiły mnie osobiście od środka. Czyli sama  się zjadałam. Przypominało mi to wkręcanie żywcem moich trzewi w maszynkę do mięsa, jeżeli można sobie coś takiego w ogóle wyobrazić. Ból był stały, ciągły, upierdliwy nie ustępujący ani na sekundę. Chciałam umrzeć, żeby przestało mnie boleć i całkiem niewiele brakowało a znalazłabym się na lepszym, wymarzonym przeze mnie w tym momencie, świecie.
Dziurę dobry (i przystojny) Pan Doktor Chirurg  załatał bardzo ładnie, drugi Pan Doktor bardzo go chwalił, a ja cieszyłam się, że nie dokonano na mnie żadnego partactwa krawieckiego. Leżałam tydzień w szpitalu z dziurą w żołądku co prawda zgrabnie załataną, bolącym stawem u nogi, skrzywionymi palcami u rąk, puchnącym i rozgorączkowanym już nadgarstkiem prawym i dalszym brakiem diagnozy co mi jest w te moje stawy.
Co najciekawsze to, to że nie mogłam już łykać leków przeciwzapalnych przez najbliższe pół roku dopóki rana w żołądku się nie zagoi. Tak powiedział Pan Doktor Chirurg i wyraził tylko ciekawość jak sobie poradzi z tym  niewątpliwie ciekawym problemem Pani Doktor Reumatolog. Ja też byłam bardzo ciekawa.
Pani Doktor Reumatolog poradziła sobie w ten sposób, że najpierw postawiła diagnozę (uff a to już czerwiec był) - Reumatoidalne Zapalenie Stawów czyli RZS czyli Gościec Stawowy Postępujący czyli choroba, której zawsze się obawiałam, bo widziałam u koleżanki mojej mamy co robi z palcami u rąk i widziałam u mamy mojej koleżanki jak ją położyła do łóżka i unieruchomiła, całkowicie zdając na opiekę jej męża. Pani Doktor Reumatolog chytrze nie dała mi do łykania żadnych leków a zaleciła natomiast maści ze środkami przeciwzapalnymi, które miałam wsmarowywać sobie w bolące stawy a zwłaszcza w staw nadgarstkowy, który w tym momencie moich zmagań z rozpoznaną w końcu chorobą był najbardziej poszkodowany. Staw dużego palca u nogi miał się coraz lepiej w przeciwieństwie do nadgarstka, który był spuchnięty, czerwony, błyszczący i tkliwy jak poprzednio staw u nogi. Znowu w nocy nie mogłam spać z bólu. Przed snem układałam tą moją dłoń z największym pietyzmem na poduszce i delikatnie przykrywałam kołdrą jak dziecko, którego nie chce się obudzić. Najgorzej było jak chciałam odwrócić się na drugi bok . Echhh.... katorga to była.
I tak do listopada 2010 r walczyłam z moją chorobą maściami i okładami z kapusty a Pani Doktor uspokajała czasami mój staw nadgarstkowy zastrzykami sterydowymi, które powodowały blokadę stawu i prawie brak bólu co mnie bardzo cieszyło i dawało krótkie wytchnienie. Jednak sterydy nie leczą choroby a mają bardzo poważne skutki uboczne, na tyle poważne, że takich zastrzyków dostałam tylko trzy czy cztery i koniec. Staw jednak coraz bardziej oblewał się tkanką zapalną i stawał się coraz mniej ruchomy.
W końcu minęło pół roku i rozpoczęłam leczenie Metotrexatem  w dawce 15 mg jeden raz w tygodniu. Po tygodniu stwierdziłam, że nic się nie dzieje, Pani Doktor uświadomiła mnie uprzejmie, że to tak nie działa, leki te działają z opóźnieniem i efekty zaczną być widoczne najwcześniej po miesiącu a nawet dwóch i więcej. Byłam bardzo niepocieszona wręcz zasmucona, zła i rozczarowana ofertą medycyny alopatycznej. Postanowiłam więc wspomóc się medycyną niekonwencjonalną  i wypróbować w końcu po raz pierwszy na mojej skórze czy ona działa czy nie działa. Dlatego też udałam się z wizytą do Homeopatki poleconej mi przez koleżankę, której córka została wyleczona z poważnej choroby i teraz cała jej rodzina leczy się u tej pani. Wizyta w gabinecie homeopatycznym była ogromnie miła i dosyć długa. Trwała ok 1,5 godziny. Doktor Homeopatka, nota bene lekarka chorób dziecięcych, wypytała mnie o tysiąc dziwnych rzeczy, drugi tysiąc dziwnych rzeczy ja opowiedziałam jej sama, zachęcona przychylnym słuchaniem (zupełnie jak nie u lekarza, który normalnie poświęca pacjentowi raptem 10 minut razem z wypisaniem recepty). Wszystko zostało skrupulatnie zanotowane. Potem pani się zastanawiała dosyć długo. Na koniec pokazała mi lek , który u niej kupiłam a drugi zleciła kupić w aptece. Oczywista były to leki homeopatyczne. Dosyć drogie, no ale skoro miały mnie uleczyć...
Zjadłam wszystkie tableteczki-kuleczki w ciągu 2-3 miesięcy, ale nie zadziałały  (: .Drugi raz już nie poszłam, w sumie nie dlatego, że się zawiodłam, ale bardziej ze względów finansowych. Koleżanka wyjaśniła mi, że leki nie podziałały, bo nie zawsze uda się za pierwszym razem dobrać odpowiedni lek. Ja doskonale to rozumiem, w końcu zwykli lekarze też  się mylą, zmieniają sposób leczenia w trakcie choroby pacjenta, tylko dlaczego ja mam za to płacić. Hmmm.... chociaż nawet mój ulubiony dr.House też się co chwila myli... Kurczę nikomu nie można ufać...
W końcu  Metotrexat podziałał, ale nie do końca. Nadgarstek był dalej zgrubiały, zablokowany ale trochę mniej bolesny. Stan zapalny dalej się utrzymywał i w dalszym ciągu smarowałam staw maściami przeciwzapalnymi. Dodatkowo choroba pomimo przyjmowania Metotrexatu postępowała dalej. Zaczęły pojawiać się nowe objawy - ból kolan (utworzyły się torbiele Bakera pod kolanami) i biodra, sztywność poranna, chodzenie po ścianach. Dalej bolały mnie ścięgna na szyi, chrupało jak obracałam głowę, miałam obolałe i zesztywniałe barki i cały kark. A w nocy bolał cały kręgosłup, miałam trudności z obracaniem się na drugą stronę. Pani doktor powiedziała, że choroba postępuje agresywnie. Zmieniła mi lek.
Chodziłam jeszcze na krioterapię i prądy, efekt był mierny.

W całym tym czasie orałam internet w poszukiwaniu innych metod leczenia. Siedziałam przy komputerze całymi dniami i nocami. Zaczęłam znajdować pojedyncze informacje, które złożone do kupy razem z tym co już wiedziałam wcześniej, zaczęły składać się w jeden obrazek. Jak puzzle. Jak niteczki jednej przędzy. Dowiedziałam się, że choroby można leczyć dietą a właściwie prawidłowym odżywianiem, że jest mnóstwo lekarzy leczących żywieniem, że diety te różnią się trochę między sobą ale główna zasada jest jedna - powrót do natury w odżywianiu, odrzucenie pokarmów przetworzonych, jak najwięcej żywej żywności. A ja oprócz tego, że nie jadłam mięsa, odżywiałam się katastroficznie.

Tak trafiłam na dr.Ewę Dąbrowską i jej dietę owocowo-warzywną, dr.Gersona, dr.Bircher-Bennera, dr.Budwig, dr.Hankiewicz, dr.Biernat-Kalużę a także głodówkę, lewatywę, dietę bez glutenu i inne . Oni wszyscy mówią jednym językiem i to jest spójne, logiczne zrozumiałe na chłopski rozum. 

A skąd wiem, czy mówią prawdę ? 
Jeżeli nie masz pewności, kto mówi prawdę a kto kłamie, zadaj pytanie sławnego rzymskiego sędziego Luciusa Cassiusa Longinusa Ravilla (II w. p.n.e.) - "Cui bono" czyli "Komu to miało przynieść korzyść ?"

O tym, czy i jak pomogły mi w mojej chorobie będę pisać w następnych postach.


cd : http://ulecz-sie-sam.blogspot.com/2013/03/dieta-drdabrowskiej-rzs-historii-mojej.html





poniedziałek, 11 marca 2013

Jak zostałam weganką

"Jeżeli twierdzisz, że natura zaprojektowała Cię abyś jadł mięso, to najpierw zabij własnoręcznie to co zamierzasz zjeść. Zrób to, uzbrojony jednak tylko w to, w co wyposażyła Cię natura, bez pomocy noża, tasaka czy topora."*
-Plutarch

_____________________________________________________________________

Od najmłodszych lat chciałam zostać wegetarianką. Szkoda było mi tych wszystkich zwierząt, które musiały zostać zabite, żebym mogła jeść mięso, żebym mogła żyć. A ja uwielbiałam zwierzęta, ich towarzystwo a zwłaszcza psy, które w moim domu rodzinnym były  od dzieciństwa. Do tej pory uważam, że dom bez zwierząt jest jakiś pusty. Musi jakiś ogon plątać się pod nogami. Były też chomiki, świnki, papużki i kot a nawet dwa koty.

Lubiłam jeść owoce i warzywa. Gdy rozpoczynało się lato zajadałam tony truskawek, czereśni, moreli, surowych ogórasów, rzodkiewki, szczypiorku. Fasolka, lub kalafior z bułką tartą to był mój ulubiony obiad, ale jadłam też mięso, lubiłam je  - no i  trzeba było jeść białko zwierzęce. Tak wtedy uważałam, tak mnie nauczono, tak pisano w książkach kucharskich i gazetach dla kobiet. Nie wiedziałam o tym , że białko można znaleźć również w warzywach i to nie tylko w fasoli, grochu czy soi, i że jest ono pełnowartościowe. Poza tym był strach, że będę niedożywiona, zacznę może chorować i wtedy wyjdzie cała prawda, że mięso jest niezbędne do życia człowieka. Bałam się też opinii innych ludzi, bo tak prawdę mówiąc byłabym jedyną osobą w moim otoczeniu nie jedzącą mięsa. Bałam się co powie moja rodzina i co ja im powiem.

 Potem przyszły dzieci, obowiązki rodzinne. Lodówkę wypełniało mięso i kiełbasy - tak było najłatwiej i najszybciej coś sklecić do jedzenia - nie ma to jak schabowy  z kapustą, bigosik, bułeczka z wędlinką. Z tyłu głowy jednak wciąż tliła się myśl o tym , jak to by było gdybym "rzuciła" mięso i że powinnam to zrobić. Pojawiały się myśli  o tym, dlaczego jedne zwierzęta zjadam a drugie śpią ze mną w łóżku i są członkami mojej rodziny. Czytałam  "Wegetariański Świat", "Czwarty Wymiar", "Nieznany Świat". O tym, że świnia jest bardziej inteligentna niż pies.

Żyłam w takiej schizofrenii ładnych paręnaście lat. Podziwiałam wegetarian  i zazdrościłam im - jednak dla większości ludzi byli oni dziwadłami, ale dla mnie byli trochę nadludźmi, bohaterami , którzy tak dzielnie przeciwstawiają się prawie całemu światu. Też tak chciałam, ale brakowało mi silnej woli.

Kiedyś moja osiemnastoletnia już wtedy córka została wegetarianką na pół roku. Popierałam jej decyzję. Bardzo mi wtedy zaimponowała. Zobaczyłam, że można. Pomyślałam, że ja też mogę. Jednak jeszcze wtedy nie zostałam wegetarianką.

Pewnego dnia a właściwie wieczora, późnego wieczora, oglądałam film dokumentalny o transporcie zwierząt rzeźnych, krów z Polski do Włoch. Tego co zobaczyłam w tym filmie nie zapomnę do końca życia. Wspomnę tylko jedną scenę dla zobrazowania tego co tam się działo....albo nie. Nawet teraz kiedy to sobie przypominam , kapią mi  łzy. Nigdy już nie oglądam takich filmów. Pełno jest tego w internecie. I bez tego wiem jak  cierpią zwierzęta.

Spojrzałam wtedy na datę: to był 31 kwietnia.

Od 1 maja przestałam jeść mięso.

15 lat byłam wegetarianką.
No nie tak całkiem - jadłam ryby. To chyba nazywa się semiwegetarianizmem. Ortodoksyjni wegetarianie nie akceptują tego. Ja też, bo ryby to też czujące istoty mordowane w okrutny sposób.

W tej chwili jestem WEGANKĄ , nie jem mięsa, ryb, jajek, mleka, żadnych, serów, margaryn, masła i jestem szczęśliwa.
Do całkowitego weganizmu zmusiła mnie choroba, dzięki niej nie mogę jeść także glutenu czyli chleba, bułek, ciast, kaszy jęczmiennej, manny. Muszę unikać także tłuszczy. Heh, dziwne, że jeszcze żyję. Ludzie zadają mi pytanie : to co ty jesz?  Owoce, warzywa, kaszę jaglaną, gryczaną, ryż, kukurydzę, warzywa strączkowe, nasiona, pestki, orzechy olej lniany .Z tych produktów da się ugotować i upiec wszystko. A internet aż tętni od blogów wegańskich z przeróżnymi pysznymi przepisami.

Moja córka znów nie je mięsa , moja siostra jest wegetarianką a jej córka weganką :)

Kiedy przestałam jeść mięso mój mąż powiedział z sarkazmem : " - Nie przesadzaj, co, może zaczniesz jeszcze jeść trawę." A ja sobie pomyślałam ,że przecież kiedyś ludzie odżywiali się tym co dała im natura, nie gotowali i jakoś żyli. Aż się przestraszyłam tych myśli. A później odkryłam witarianizm.

Ale to już temat na osobny wpis.





niedziela, 10 marca 2013

Czym nas trują


"Pan Bóg stworzył jedzenie, a diabeł kucharzy."
James Joyce

Najczęściej stosowane dodatki do chleba :


E150c (karmel amoniakalny) - Syntetyczny, brązowy barwnik spożywczy, otrzymywany w wyniku działania amoniaku na sacharozę. Może powodować zmiany w obrazie krwi, głównie zmniejszając liczbę białych ciałek krwi, co może prowadzić do białaczki. Substancja ta powoduje również nadpobudliwość i nadmierne skurcze mięśni. Może wpływać negatywnie na wątrobę, żołądek oraz płodność. W niektórych testach na zwierzętach wywoływał konwulsje. Jest toksyczny dla krwi szczurów.
E150d (karmel amoniakalno-siarczynowy) - Sól amonowa siarczynu karmelu, syntetyczny brązowy barwnik spożywczy. Może wywoływać nadpobudliwość, a także rozwolnienie i nasilenie ruchów robaczkowych jelit. Jest toksyczny dla krwi szczurów.
E150c (barwnik i dodatek aromatyczny) - Stanowi obciążenie dla wątroby i żołądka, może u dzieci wywoływać nadpobudliwość.
E283 ( konserwant) - Może powodować astmę i bóle migrenowe.
E523 (stabilizator smaku) - Większe ilości mogą powodować biegunkę a nawet wymioty.
E280-E281 (kwas propionowy i propionian sodu) - Konserwanty, które dodaje się je do chleba paczkowanego, np. tostowego. W niewielkich ilościach nie szkodzą zdrowiu, jednak odradza się częste spożywanie produktów je zawierających.
E262 (dioctan sodu) - Popularny konserwant przedłużający świeżość chleba. Stosowany do wyrobu tzw. pieczywa tostowego. Jest nieszkodliwy.
E220 (dwutlenek siarki) - Silny konserwant, który zapobiega rozwojowi pleśni. W dużym stężeniu może powodować problemy trawienne, powinny go unikać osoby cierpiące na astmę (utrudnia oddychanie).
E200-E203 (kwas sorbinowy i sorbiniany) - Konserwant. Dodaje się go do pieczywa i np. margaryny. Przedłuża trwałość. Mogą powodować astmę, katar sienny oraz atopowe zapalenie skóry.
E300 (kwas L-askorbinowy) - Czyli popularna witamina C. Służy jako dodatek do mąki, sprawia, że chleb, niezależnie od jakości użytej mąki, ładnie wyrasta. Fałszuje prawdziwy skład.
E330 (kwas cytrynowy) - Syntetyczny zakwas, dodawany zamiast naturalnego, czyli – regulator kwasowości. U niektórych może powodować alergię.
E339-34 (fosforany wapnia) - Popularne regulatory kwasowości w chlebie. Utrudniają prawidłowe wchłanianie wapnia.
E920 (L-cysteiny) - Polepszacze, które sprawiają, że ciasto ma lepszą konsystencję. Fałszują prawdziwy skład i jakość mąki użytej w pieczywie.
Mąka sojowa (polepszacz). Podobnie jak białko sojowe w szynce, sprawia, że do chleba można dodać większą ilość wody. Bochenek jest miękki, jego objętość się zwiększa, ale jakość pogarsza.
E471, E472e, E481, E482 (emulgatory) - Polepszacze naturalnego i syntetycznego pochodzenia, których zadaniem jest poprawa konsystencji ciasta i wzmocnienie bądź osłabienie jego konsystencji.


Najczęściej stosowane w żywności substancje chemiczne 


E210 (kwas benzoesowy) - Substancja pochodzenia syntetycznego, spotykana w napojach gazowanych, majonezach, marynatach, przetworach owocowych i warzywnych, sałatkach i wielu innych przetworach, może wywoływać podrażnienia śluzówki, wysypki, szkodzi alergikom i astmatykom oraz osobom uczulonym na aspirynę, podejrzewany o działanie rakotwórcze.

E211 (benzoesan sodu - Sól sodowa kwasu benzoesowego) - substancja uzyskiwana syntetycznie, hamuje rozwój drożdży i pleśni, stosowany w napojach gazowanych typu cola, napojach aromatyzowanych, koncentratach, przecierach owocowych, sosach, musztardzie, sałatkach itp., działa drażniąco na śluzówkę żołądka, może powodować uczulenia, podejrzewany o działanie rakotwórcze.

E220 (dwutlenek siarki) - Uzyskiwany syntetycznie, stosowany do bielenia, dezynfekcji i jako czynnik chłodniczy, silnie drażni drogi oddechowe, niszczy witaminę B12, ulatnia się po otwarciu np. soków, chrzanu czy wina, gdzie jest najczęściej stosowany, warto "przewietrzyć" zawierające go produkty spożywcze przed ich spożyciem, bo na pewno nie jest nieszkodliwy.

E221 (siarczan(IV) sodu - siarczyn sodu) - Substancja uzyskiwana syntetycznie, ma podobne działanie do E 220, trudniej się ulatnia, może zakłócać czynności jelit.

E222 (wodorosiarczan(IV) sodu - kwaśny siarczyn sodu) - Substancja uzyskiwana syntetycznie, może zakłócać czynności jelit.

E223 (pirosiarczan(IV) sodu, dwusiarczan(IV) sodu) - Konserwant i przeciwutleniacz pochodzenia syntetycznego, hamuje rozwój pleśni i bakterii, spotykany w cukrze, syropach, konserwach z krewetek, dżemach i marmoladach, musztardzie, winie, suszu owocowym, sokach, słodyczach, itp., ma działanie podobne do E 220, może powodować alergię i awersję smakową.

E249 (azotyn potasu) - Substancja uzyskiwana syntetycznie, spotykana w wędlinach, chroni przed jadem kiełbasianym, może być szkodliwa przy nadciśnieniu, podejrzewana o działanie rakotwórcze.

E250 (azotyn sodu) - Substancja o pochodzeniu syntetycznym, używana jako barwnik mięs i ryb, zapobiega też rozwojowi bakterii powodujących botulizm, może być szkodliwa przy nadciśnieniu, spożyty w nadmiarze może powodować hiperaktywność, jest też potencjalnie rakotwórcza, w wielu krajach zabroniona.

E251 (azotan sodu - saletra sodowa, saletra chilijska) - Konserwant o pochodzeniu syntetycznym, spotykany w wędlinach, serach podpuszczkowych i topionych, zapobiega tworzeniu się jadu kiełbasianego, może być szkodliwy przy nadciśnieniu.

E252 (azotan potasu - saletra potasowa, saletra indyjska) - Substancja uzyskiwana syntetycznie, utleniacz, stosowany w wędliniarstwie jako konserwant, potencjalnie szkodliwy.

E280 (kwas propionowy) - Substancja o pochodzeniu syntetycznym lub fermentacyjnym, konserwant, używany w pieczywie i ciastkach, w Niemczech od dawna zabroniony, w Polsce dozwolony tylko w okresie letnim, prawdopodobnie może powodować raka żołądka.

E281 (propionian sodu - sól sodowa kwasu propionowego) - Substancja pochodzenia syntetycznego, konserwant, hamuje rozwój pleśni, spotykany w pieczywie, wyrobach ciastkarskich, dodatek dozwolony tylko w okresie letnim.

E282 (propionian wapnia - sól wapniowa kwasu propionowego) - Konserwant pochodzenia syntetycznego, spotykany w pieczywie, wyrobach ciastkarskich, dodatek dozwolony tylko w okresie letnim.

E301 (askorbinian sodu - sól sodowa kwasu askorbinowego) - Substancja pochodzenia syntetycznego, stosowana jako antyutleniacz, stabilizator lub regulator kwasowości, spotykany w koncentratach napojów, przetworach rybnych, mrożonkach owoców i warzyw, chlebie i makaronie.

E302 (askorbinian wapnia) - Substancja pochodzenia syntetycznego, konserwant, przeciwutleniacz i stabilizator, spotykany w koncentratach napojów, mrożonkach owoców i warzyw, chlebie i makaronie, konserwach owocowych i warzywnych.

E303 (askorbinian potasu) - Substancja pochodzenia syntetycznego, przeciwutleniacz i regulator kwasowości, spotykany w przetworach zbożowych dla dzieci, mące pszennej, mrożonych filetach i przetworach rybnych.

E325 (mleczan sodu) - Regulator kwasowości pochodzenia syntetycznego, zwiększa trwałość produktów, spotykany w serach, pieczywie, pasztetach, konserwach owocowych i warzywnych, konserwach rybnych, sosach sałatkowych, wyrobach cukierniczych, koncentratach deserów błyskawicznych, niedopuszczony w Polsce.

E508 (chlorek potasu) - Środek żelujący pochodzenia syntetycznego, stosowany do produkcji konserw, wędlin i wyrobów garmażeryjnych.

E575-579 (glukoniany) - Substancje uzyskiwane syntetycznie, przeciwdziałają zbrylaniu, spotykane w sproszkowanych produktach żywnościowych oraz w wędlinach typu salami.

 

sobota, 9 marca 2013

Sylwia i RZS

Następna historia z życia wzięta potwierdzająca, że jestem na dobrym tropie. Nieustannie utwierdzam się w tym, że moje poszukiwania mają sens a dietą można i nawet trzeba  leczyć niektóre choroby. 
Chora od 23 lat na RZS i tarczycę Sylwia po zastosowaniu diety leczniczej , odstawiła całkowicie leki i czuje się świetnie.



Sylwia 27 -letnia dziewczyna jako 3 letnie dziecko zachorowała na reumatyzm. 

W ciągu 23 lat leczenia wymieniono jej obydwa stawy biodrowe, straciła możliwość ruszania nogą, co doprowadziło do powstania przykurczu w kolanie. Miała przycięte ścięgna z komplikacjami, przycinano drugi raz. Zakładano jej gipsy, rozciągali ścięgno na siłę ciężarkami, itd. Niestety efekt był chwilowy. Z czasem doszło do tego, że w ogóle przestała ruszać prawą nogą…


Pisze o sobie tak:

"Przez 24 lata zjeździłam całą Polskę szukając pomocy. Niestety bez skutku. Przeszłam już 7 operacji w tym 3 razy próbowano walczyć o kolano. Mam endoprotezy w obu biodrach, oraz usztywniony nadgarstek w prawej ręce. Zmiany reumatologiczne na moim ciele należą raczej do tych z kategorii nieodwracalne.

To ile przeszłam wiem ja i Ci, którzy podobnie jak ja walczą z chorobami. Ból… Cierpienie… Ryzyko… Wszystko po to żeby poprawić jakość życia. Nie chcę tu nikogo obwiniać za to co przechodziłam, ale do dnia dzisiejszego zastanawiam się czy choroba wyniszczyłaby mnie tak jak to zrobiła bez wczesnego rozpoznania…"


Zakładano jej na nogę taki oto aparat tortur


Zaczęło się wszystko tak:

http://sylwii.wordpress.com/2010/01/17/od-tego-sie-zaczelo/#more-217
http://sylwii.wordpress.com/2010/01/22/krolik-doswiadczalny/#more-238
http://sylwii.wordpress.com/2010/01/30/zabieg-estetyczny/
http://sylwii.wordpress.com/2010/02/11/przygoda-bioderkowa-cz-i/
http://sylwii.wordpress.com/2010/02/18/przygoda-bioderkowa-cz-ii/

W tym czasie była leczona lekami na RZS. Choroba postępowała i co chciała to robiła.


"Pewnego dnia Łukasz zaczął ze mną rozmawiać na temat lekarzy. Do tej pory nie ma on dobrego zdania na ich temat. Ja kiedyś się z nim nie zgadzałam. Ciągle się z nim o to kłóciłam. Mówiłam, że żeby nie oni teraz jeździłabym na wózku. No i po części tak właśnie jest. Chodzę o własnych siłach z czego jestem dumna. Łukasz z czasem już nie wiedział jak do mnie dotrzeć, aż pewnego dnia powiedział „Jedziemy na wykład do doktora Kubata”. Nie wiedziałam co powiedzieć. Wiedziałam, że z jednej strony nie chciałam jechać, ale z drugiej czułam, że jak nie pojadę nie będę wiedziała co tracę."

"Wykład trwał przeszło godzinę. To co usłyszałam dało mi do myślenia, ponieważ dowiedziałam się czemu prawdopodobnie tak cierpię przy swojej chorobie. Zaczęłam też zauważać co robią lekarze. Dotarło do mnie wszystko dopiero po wykładzie, że to co mówił mi chłopak miało sens! Oni nie leczyli mi przyczyn choroby, a tylko maskowali objawy! To właśnie dlatego przeszłam te siedem operacji. To przez to mam usztywnione dwa stawy co sprawia, że czuję się osobą niepełnosprawną. To przez to choroba i leki, które brałam całe ćwierćwiecze wyniszczyło mi prawie wszystkie stawy, oraz wymęczyło mi wątrobę. Byłam załamana."

"Cała wizyta trwała chyba około godziny, jak nie dłużej. Dowiedziałam się czego muszę unikać w diecie, żeby przestały boleć mnie stawy, oraz zlikwidować stany zapalne, w tym m.in. warzywa psiankowate, nabiał, cukier. Zalecił kurację odkwaszenia i odgrzybienia organizmu. Na koniec usłyszałam, że wcale tak źle nie jest. Dostałam wszelkie instrukcje na kartkach, co mam robić po kolei, żeby poszło to sprawnie, oraz zalecenia z suplementacją. Na kolejną wizytę miałam się stawić za pół roku wraz z Analizą Pierwiastkową Włosa"

"Herbatki przeciwbólowe i odkwaszające organizm. Skąd ja wezmę herbatki? No tak od czego mamy Internet? Znalazłam fajny sklepik zielarski. Tanio, szybko i sprawnie.

Na koniec została najgorsza rzecz – dieta. Pewnie zastanawiacie się dlaczego? Powiem szczerze, ze nie spodziewałam się, że tyle rzeczy muszę odstawić.


Z czego musiałam zrezygnować?

  1. Z jedzenia mięsa (zwłaszcza wołowiny) i wędlin, bo mają dużo konserwantów, które zaostrzają objawy reumatyzmu.
  2. Tłustego nabiału (mleka, śmietany, serów żółtych, pleśniowych, topionych). Produkty te zawierają kwas arachidonowy, który ułatwia wytwarzanie prostaglandyn – hormonów pro-zapalnych.
  3. Oleju kukurydzianego i słonecznikowego oraz margaryny roślinnej – dostarczają dużo kwasów tłuszczowych, które blokują korzystne działanie tłuszczu rybiego i nasilają stany zapalne.
  4. Potraw smażonych, cukru, alkoholu. Musiałam też ograniczyć spożycie soli.
  5. Na czarnej liście znajdują się też pszenica, ryż, owies, kukurydza oraz niektóre warzywa, np. psiankowate: ziemniaki, pomidory, bakłażany, ogórki kapusta i papryka. Po zjedzeniu tych produktów u części chorych pojawia się ból i sztywność stawów.

Co mi wolno przy reumatyzmie?

  1. Owoce morza. W leczeniu reumatoidalnego zapalenia stawów najlepsze efekty daje dieta wegetariańska, wzbogacona w tłuste ryby z zimnych mórz (makrela, łosoś, śledź, sardynki, tuńczyk).W rybim mięsie jest dużo cennego wapnia, jodu i dobrze przyswajalnego białka. Jednak przede wszystkim jest to bogate źródło wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3, które chronią serce, usprawniają funkcje mózgu i poprawiają ruchomość stawów.
  2. Warzywa i owoce. Warzywa i owoce dostarczają mnóstwo witaminy C (uczestniczy ona w wytwarzaniu kolagenu oraz odpowiada za kondycję stawów i ścięgien), a także bioflawonoidów. Substancje te wymiatają z organizmu wolne rodniki, które inicjują i podtrzymują stan zapalny.
  3. Przyprawy. Moi sprzymierzeńcy to kurkuma, imbir, anyż i goździki. Działają przeciwzapalnie, zmniejszają ból, sztywność stawów, obrzęki.

Tak mniej więcej wyglądają zalecenia doktora. Wszystko co tak uwielbiałam musiało iść z dnia na dzień w odstawkę. Nie powiem, że było łatwo. Ale powiem jedno – WARTO!Teraz żyje mi się lepiej. Reumatyzm już tak nie dokucza. Wrócił też uśmiech na mojej twarzy, i chęć do życia.

Obecnie leczę się metodą niekonwencjonalną o której przeczytasz w kolejnych wpisach:

http://sylwii.wordpress.com/2010/04/23/zmiana-myslenia/
http://sylwii.wordpress.com/2010/05/19/ach-te-zalecenia/
http://sylwii.wordpress.com/2010/06/01/wlos-prawde-ci-powie/

"Ostatnio robiłam sobie badania krwi. Morfologie mam świetną :) OB spadło już o połowę. Aż byłam w szoku jak zobaczyłam wynik. Nigdy nie miałam takiego OB odkąd pamiętam. Potrafiłam mieć przeszło 100 teraz mam raptem 30. :) Więc czeka mnie jeszcze trochę pracy nad sobą. Ale jak widać afekty to czemu nie? :)"


"Choruję na RZS już 24 lata i już zaczynałam się dołować, że nie ma już dla mnie szansy, ponieważ żadne leczenie nie było dla mnie odpowiednie. Obecnie stosuję dietę pod reumatyzm oraz dodatkowo stosuje suplementację diety. wszystko po to żeby nie dopuszczać do stanów zapalnych, a suplementację żeby dostarczyć odpowiednie witaminy, gdyż po odstawieniu pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie ich dostarczać w odpowiednich ilościach. Dodatkowo przez leczenie i złe odżywianie “zaniedbałam” swój organizm. Oczywiście wszystko odbywa się pod okiem lekarza i dietetyka.
Czy jest możliwe odstawić leki?
Jeżeli o to chodzi, to odpowiem w ten sposób: Ja odstawiłam wszystkie leki, które brałam na RZS oraz tarczycę. i powiem szczerze, że wreszcie czuje się świetnie. Chyba mój organizm nie tolerował tych wszystkich tabletek, bo były momenty, że nie miałam siły wstać z łóżka z bólu. Teraz nie mam takich problemów.
Czy to konieczne aby zmienić sposób odżywiania?
Tak konieczna jest zmiana odżywiania jeżeli jesz rzeczy, które tylko rozbudzają stany zapalne w Twoim organizmie, a przecież reumatyzm (RZS) to przewlekły stan zapalny. Przez to czujesz się bardzo źle i mimo, ze bierzesz leki, wszystko Cie boli, i nie wdać poprawy, a wręcz obserwujesz jak choroba postępuje. Nie będę wymieniać z czego musisz zrezygnować. Najlepiej przeczytaj sobie na spokojnie mój wpis na blogu: Ach te zalecenia. :)
Teraz kolejna kwestia:
I co, jeśli będę musiał rezygnować z czegoś, co mi bardzo smakuje, na coś, co jest niesmaczne (podobno zdrowa żywność smakuje gorzej)?
Uwierz mi, nie jest trudno zrezygnować z tego, co się uwielbiało. Jest tyle pyszności dostępnych, że na pewno będziesz miał je czym zastąpić. Dodatkowo kiedy przejdziesz kurację, sporo rzeczy przestanie Ci smakować. Dla mnie teraz ser żółty to jedna sól, a te wszystkie jogurty to sam cukier. Nie smakuje to tak jak kiedyś. Jeżeli chodzi o mleko. Nie wolno pic nam mleka ani jeść nabiału. Niestety to właśnie przez mleko grozi nam osteoporoza. Jeszcze jedna z ciekawostek, otóż przy piciu mleka odczuwamy ból (my, chorzy na RZS). Ja przynajmniej tak miałam. Nawet wypróbowałam po pewnym czasie, jak będę się czuła, gdy napiję się kakao. Nigdy więcej nie wpadnę już na taki głupi pomysły… ;)
Co do zdrowej żywności, to czemu ma smakować gorzej jak to jest ta sama tyle, że hodowana bez tych wszystkich chemikaliów? :) Co do cen, to może nie jest tania, ale i nie droga. Ja uważam, że lepiej wydać pieniądze, i wiedzieć co się je, niż kupić sobie kiełbasę za 6 zł za kg, i jeść białko spożywcze, a nie mięso w kiełbasie. :)
No i na końcu zastanawiam się, czy Tobie to na prawdę pomaga?
To najważniejsze pytanie. Tak pomaga mi. Już przeszło rok czasu nie biorę żadnych leków, w tym przeciwbólowych, a brałam już Tramal. Pewnie wiesz, że to jeden z najmocniejszych leków przeciwbólowych. Przestały mi skrzypieć stawy. Wreszcie nie marznę jak kiedyś. Dodatkowy plus: nie zauważyłam żadnego pogorszenia choroby, wręcz przeciwnie.
Mam nadzieję, że ten list rozjaśnia sytuację i wyjaśnia pewne nurtujące kwestie. Jeśli ktokolwiek z was miałby kolejne pytania, albo chciałby wiedzieć więcej, nie bójcie się skorzystać z formularza kontaktowego na moim blogu. Dla ułatwienia podam link tutaj. Pozdrawiam."


Całość przeczytasz na blogu SYLWII




piątek, 8 marca 2013

"Surowy weganizm wyleczył mnie z artretyzmu"

Jeżeli ktoś nie wierzy, że można wyleczyć RZS stosując tylko odpowiednie żywienie, niech zaobserwuje dłonie Jatinder na filmie umieszczonym na końcu artykułu. Powyginane i zniekształcone przez zaawansowaną chorobę, ale już nie bolące i sprawne. Sama Jatinder porusza się jak gazela i nie widać wcale, że kiedyś tak bardzo cierpiała i była niesprawna.

Sama chora na RZS - tę samą chorobę co Jatinder - czytałam z wypiekami na twarzy, prawie nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Po obejrzeniu tego filmu uwierzyłam, tak już do końca, że mogę mieć wpływ na moją chorobę, że nie muszę być zdana całkowicie na lekarzy i leki, które zatruwają mój organizm, że mogę wziąć zdrowie we własne ręce i nie jest tak beznadziejnie jak myślałam.

Poniżej tłumaczenie ciekawego artykuł na temat wpływu surowej diety na bóle artretyczne oraz szkodliwego wpływu szczepień na dzieci i młodzież.  Raw Food Diet Has Cured My Arthritis (By Claire Collins) 



Kiedy rodzina Daniels'ów gromadzi się wokół stołu obiadowego, scena wydaje się bardzo typowa. Wieczorny posiłek z bliskimi, czas na wspólne jedzenie i rozmowę.
Ale jest jedna istotna różnica. Mama Jatinder, mąż Derek i trójka dzieci, Raman, 17, Priyanka, 13 i 7-letni Mohan odżywiają się żywnością surową. Uważają oni, że ta niezwykła dieta uratowała życie Jatinder i zmieniła los całej rodziny."W wieku 16 lat zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów i lekarze powiedzieli, że moja przyszłość nie wygląda dobrze." -mówi Jatinder, zdrowa 45-latka."Powiedzieli mi, że jeszcze jako nastolatka mogę skończyć na wózku inwalidzkim, że będę znosić różne stopnie ciągłego bólu przez resztę mojego życia, a ze względu na agresywne leki, może nie będę w stanie mieć dzieci. To było jak wyrok śmierci.Ale spójrzcie na mnie teraz! Jestem mamą trójki, doskonale mogę się poruszać i nie znoszę agonii, jakiej doświadczałam przez wiele lat. A to wszystko zawdzięczam mojej surowej żywności i nisko toksycznemu stylowi życia."Nastoletnie lata Jatinder w Nottingham przepełnione były frustracją i niepewnością z powodu sztywności w stawach i bólu po niekończących się testach, kiedy została zdiagnozowana."Byłam zdrowa do 13 roku życia, zanim w szkole zaszczepiono mnie przeciwko różyczce." - wspomina Jatinder."Za raz po szczepieniu moje zdrowie raptownie się pogorszyło. Nagle w ogóle nie mogłam uprawiać sportu. Byłam ciągle zmęczona i regularnie w ciężkim bólu.Były dni, kiedy nie mogłam chodzić, ani ubrać się, ani wykąpać. Czasami moja szczęka była tak sztywna, że nie mogłam nic jeść, niekiedy tylko zupę. Przez 6 miesięcy Jatinder chodziła raz w tygodniu do szpitala na zastrzyki w stawy, jednak artretyzm się pogarszał, a stawy dłoni i kolan zaczęły się deformować. Ogarnęły ją ciemne myśli.Wspomina: "Zastrzyki nie przynosiły natychmiastowej ulgi i czułam samotność, gniew i żal. Starałam się zrobić maturę, ale nie mogłam nawet unieść moich książek...Mój stan pogarszał się w czasie zimy. Zimny wiatr przewiewał moje kości i to była agonia.Wpadłam w głęboką depresję. (…)"Pomimo ciągłego bólu, Jatinder postanowiła żyć normalnie i w wieku 21 lat pojechała do Londynu, by studiować informatykę.
"Kiedy wstąpiłam na uniwersytet, już powinnam była chodzić o lasce, ale nie używałam jej, z powodu własnej dumy. Czułam się słaba, ale postanowiłam, że będę niezależna."Derek, 43-letni programista komputerowy, pamięta trudności, z jakimi borykała się jego przyszła żona, kiedy spotkali się na studiach.Wspomina: "Czuła ból, kiedy szła dłużej niż pięć minut. Byłem bezradny i rozpaczliwie chciałem ulżyć jej cierpieniu.Było dla nas jasne, że leki przeciwzapalne, które brała, przynosiły małą korzyść. W rzeczywistości, efekty uboczne, takie jak wrzody żołądka i oślepiające bóle głowy, sprawiały, że czuła się gorzej. W pełni poparłem jej decyzję o odstawieniu ich pięć lat później."Pobrali się rok po tym, jak przestała brać leki i Jatinder postanowiła dojść do ołtarza samodzielnie.Wspomina: "Dni, w których nie mogłam w ogóle chodzić, było coraz więcej i kulałam coraz częściej. Ale w żadnym wypadku nie mogłam pozwolić na to, aby moja choroba przeszkodziła mi mieć idealny ślub. Zablokowałam ból, podniosłam głowę i powoli podeszłam do mojego przyszłego męża. To było bardzo emocjonalne."Jatinder i Derek zamieszkali w Londynie i Raman urodził się rok później. Ale małe dziecko oznaczało nowe trudności dla Jatinder.Wyjaśnia: "Lekarze ostrzegali, że będę mieć trudności z poczęciem z powodu lekarstw, jakie zażywałam, więc Raman był wyjątkowy, ale opieka nad nim była największym wyzwaniem w moim życiu. Normalne obowiązki, które dla nowych mam są zwyczajne, jak kąpanie dziecka, były dla mnie jak wspinanie się na górę. Ale nie miałam innego wyboru, jak tylko sobie z tym jakoś radzić."

Ich drugie dziecko Priyanka urodziło się cztery lata później i w wieku 8 tygodni zachorowało na przewlekłą egzemę i astmę. Brak snu i stres spowodowały pogorszenie stanu Jatinder.

Mówi o tym tak: "Zaczęłam myśleć, że już nie dam rady. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że dożyję 40-tych urodzin, i szczerze mówiąc, w jakimś sensie nie chciałam, jeśli miałam dalej żyć w ciągłym bólu. Uważałam, że będzie coraz gorzej."
To właśnie w tym mrocznym okresie Derek odkrył dzięki internetowi styl życia oparty na surowej żywności.
Czytał twierdzenia, że z natury powinniśmy jeść surowe jedzenie, i że nienaturalne jest spożywanie gotowanych lub przetworzonych pokarmów.
Jatinder wyjaśnia: "Długoterminowe spożywanie przetworzonej żywności doprowadzi do zatrucia lub toksemii - tzn. że organizm zostanie przeciążony trucizną.
Te szkodliwe toksyny znajdują się wszędzie - w naszym otoczeniu, w oczyszczanej wodzie, w nieekologicznych owocach i warzywach oraz w żywności gotowanej.
Ludzie będący na surowej diecie uważają, że takie choroby jak rak, cukrzyca i artretyzm są często wynikiem zatrucia organizmu i można im zapobiegać lub znacznie ulżyć za pomocą surowej diety."
Jatinder mówi, że już dawno rozumiała wpływ żywności na zdrowie, ale pomysł jedzenia tylko surowej żywności wydawał się niemożliwy.
"Przestałam jeść pszenicę dużo lat wcześniej, bo zauważyłam, że mąka pszenna powodowała zaognienie stawów, a rok wcześniej zostałam weganką z podobnych powodów." - mówi.
"Nie byłam jeszcze na wózku inwalidzkim właśnie dzięki mojej diecie i generalnie pozytywnemu nastawieniu. Wierzyłam, że żywność może mieć cudowny wpływ na zdrowie, ale nie wierzyłam, że mogę podjąć tak drastyczne kroki."
Kiedy Jatinder zaszła w ciążę z najmłodszym synem Mohanem w wieku 37 lat, wiedziała, że musi zrobić coś, by poprawić swoje zdrowie.
Tak więc, w drugim miesiącu ciąży zmieniła dietę na 100 procentowo surową - na jeden tydzień. Wspomina: "Miałam biegunkę, ale czułam korzyści i mniejszy ból. Wróciłam do 50 procent gotowanego - aż do następnego lata, kiedy cała rodzina zaczęła detoks".
Rodzina przeniosła się do Hiszpanii cztery lata temu, gdzie Jatinder jest konsultantką ds. surowej żywności. Mieszkają w pięknej górskiej wiosce na wybrzeżu Costa del Sol, a dzieci chodzą do miejscowej szkoły.
"Chcieliśmy, aby dzieci dorastały w naturalnym środowisku i wierzę, że słońce jest kolejnym kluczem do dobrego zdrowia." - mówi.
I cała rodzina twierdzi, że surowa dieta jest fajna i smaczna. "Teraz dzieci uwielbiają ją." - Jatinder śmieje się. - "Istnieje tyle różnych potraw. Robię ciastka, krakersy, słodycze i naprawdę smaczne desery.
Tak samo jak można nauczyć się gotować, można nauczyć się też "nie-gotować". (…)
"Odtrucie organizmu nie jest jedynie zwyczajnym jedzeniem surowej żywności - obejmuje ono świadomość swojego środowiska.
To oznacza zmianę żelu do włosów, pasty do zębów, środków chemicznych używanych do czyszczenia domu, nie używanie chlorowanej wody z kranu - nawet zmianę wzorców negatywnego myślenia. To wszystko wprowadza do naszego organizmu toksyny."
Po 12 miesiącach jedzenia surowej żywności, artretyzm w pełni ustąpił. Jatinder uśmiecha się skromnie: "Teraz mogę chodzić i jeździć na rowerze kilometrami, przygotowywać wspaniałe posiłki i opiekować się moją rodziną. I nic mnie nie boli.
Wszyscy jesteśmy o wiele zdrowsi. Ani ja ani Mohan nie byliśmy jeszcze u lekarza, odkąd on się urodził.
Nie wierzę, że lekarz będzie mnie już leczył na mój artretyzm. Sama się teraz leczę.
(…)







Przedruk ze strony:

Czy można wyleczyć cukrzycę?

Czy cukrzyca jest rzeczywiście chorobą nieuleczalną? Współczesna medycyna nie zna sposobu jej leczenia, 
proponując pacjentom codzienne zastrzyki insuliny przez resztę życia. 
Tymczasem film przedstawia sześcioro ochotników, których zaproszono do centrum terapii naturalnej w Arizonie na 30 dni. Tyle właśnie trwa program leczenia cukrzycy wyłącznie za pomocą diety. Diety stricte wegańskiej, gdzie spożywanego jedzenia nie poddaje się obróbce termicznej powyżej 50 st.C. a spożywane warzywa, owoce, orzechy i kiełki pochodzą z upraw ekologicznych. Oto cała tajemnica leczenia cukrzycy.
Poznajemy losy sześciu osób, z których dwójka ma cukrzycę Typu I, pozostali Typ II. Większość z nich już po 24 godzinach kuracji zaprzestaje brania insuliny oraz przyjmowania jakichkolwiek dodatkowych leków. Obserwujemy postępy w leczeniu, pojawiające się problemy i zachodzącą transformację. Inspirujący dokument.




Po Prostu Na Surowo - Cofanie Cukrzycy w 30 Dni 1/9


Cz.1


Film składa się z 9 części. Następne pojawiają się po zakończeniu poprzedniej.